Znacie to uczucie, kiedy musicie gdzieś szybko pojechać i z wielka radością wskakujecie do jednego ze środków komunikacji miejskiej, aby w spokoju i komforcie spędzić kilka najbliższych godzin lub minut podążając do wyznaczonego celu? No właśnie, ja też nie. Okazuje się jednak, że w Indiach autobusy są jednym z najtańszych i najbardziej popularnych środków transportu publicznego. Żeby dojechać do miejsca oddalonego o więcej niż 1-2 km zamiast popularnego 'auto' używa się tu autobusu. Niby normalne ale dla mnie, osoby podjeżdzajęcej samochodem nawet do sklepu oddalonego o 5 metrów od domu, używanie komunikacji miejskiej to, o ironio, prawdziwa ZMORA.
W zależności od długości trasy i zasobów portfela możemy sobie wybrać rodzaj autobusu. Zwykły autobus, który jest używany do podróży na odległości kilka lub kilkanaście kilometrów, jest autobusem otwartym. To znaczy dokładnie to, co Wam się wydaje: nie ma okien, nie zawsze ma drzwi. Podczas pory monsunowej okienne dziury są zasłaniane czarna folia, podobna do tej z której produkowane są worki na zwłoki lub śmieci. Jak zwykle w Indiach działanie tego wynalazku można określić jako ' mniej więcej'. Mniej więcej na Ciebie nie pada, ale mokry i tak jesteś.
W autobusie są również dwie strony odpowiednio dla kobiet i dla mężczyzn. Burty są nawet opisane, ale oczywiście w sposób mało wyraźny i nikt tych zasad nie respektuje: każdy siada gdzie chce.
Aby dowiedzieć się gdzie i o której dany autobus jedzie nie możemy przeczytać tego ani na tabliczce na przystanku ani na froncie autobusu. Jeśli chodzi o czas musimy po prostu mniej więcej trafić w zupełnie nikomu nieznana godzinę odjazdu. Destynacje podróży poznajemy po krzyku na wpół wychylonego przez drzwi lub okno autobusu Hindusa, który wrzaskiem informuje pasażerów i oczekujących, dokąd dana maszyna zmierza lub do jakiego przystanku się zbliżamy. Często autobus nie zatrzymuje się tylko nieznacznie zwalnia. Wsiadanie i wysiadanie odbywa się poprzez zgrabne wskoczenie lub wyskoczenie z pojazdu. Zaskakujące jest to, ze starsze bosonogie indyjskie matrony zawinięte od stop do głów w sari maja z tymi skokami mniejsze problemy niż ja skacząca w legginsach lub jeansach i obuta w adidasy.
Przejazd takim autobusem kosztuje dosłownie kilka rupi. Ja za podróż 5 kilometrowa zapłaciłam 8 rupi.
Autobusy powiedzmy dalekobieżne dzieła się na kolejne dwa rodzaje. Pierwszy to tzw sleepery o których za wiele do powiedzenia na razie nie mam, ponieważ podróż tym cudem techniki po drogach, które praktycznie nie istnieją jeszcze przede mną. Jedyne co o nich wiem to to, że oferują jedno lub dwuosobowe łóżka, które w ramach bezpieczeństwa odgrodzone są od reszty podróżnych li i jedynie bawełniana zasłonka.
Drugi to luksusowe, oświetlone od wewnątrz i od zewnątrz jak migająca wielokolorowa wiejska dyskoteka, busy potrafiące pomieścić około 50 osób w swoim przestronnym wnętrzu. We wnętrzu niektórych jest nawet stroboskop. Luksus objawia się głownie w napisach na burtach. Napisane jest 'air suspension' oraz 'fully air conditioned'. Tak, zawieszenie jest tak dziurawe i rozklekotane, że rzeczywiście może być zrobione w całości z powietrza. W klimatyzacji air również się znajduje - należy otworzyć wszystkie okna i stworzyć jeden wielkie przeciąg przez cały autobus- zgodnie ze znaczeniem słowa 'fully'.
W jednym rzędzie siedzi 5 osób w systemie 2+3. Krzesełka za mikroskopijne. Moja koleżanka mówi, że taki autobus jest dla niej wygodny i nie ma na co narzekać. No tak, tylko dla niej rozmiar 32 jest za duży i sięga mi do ramienia. Ja, nieważne jak bardzo bym nie próbowała upchnąć swojej szacownej postaci w rozmiarze 42, i tak zazwyczaj zajmuje 1,5 fotelikokrzeselka.
Kierowca ma obok siebie posłanie, na którym wygodnie leży podczas postojów zwinięty w krakowski precelek. Podczas podróży na posłaniu siedzi pomocnik kierowcy, który pomaga mu w cofaniu, przejeżdżaniu ciasnych miejsc i sterowaniu ruchem w miejscach, w których korek nie chce się rozładować bez manualnego sterowania.
Podróż wygląda mniej więcej tak: otwieramy wszystkie okna, ściskamy się wygodnie miedzy oknem a drugim pasażerem lub miedzy dwoma pasażerami i udajemy się w blogi sen, aby odpocząć podczas 14 godzinnej podróży. A na koniec najlepsze: nie ma ubikacji.
Są jeszcze autobusy podróżujące na odległości kilkudziesięciu kilometrów. Kosztują około 100 rupi. Wyglądają mniej więcej jak nasze stare Ikarusy z tym, że posiadają klimatyzacje. Ustawiona na poziom chłodzenia 'zrobić z pasażerów mrożonki' lub ewentualnie 'jakby pingwin tu jechał byłoby mu w sam raz'. Klimatyzacja jest tutaj oznaka luksusu, wiec nie wolno nią sterować ani jej wyłączać. Ma chłodzić możliwie najbardziej. Dzięki czemu wewnątrz autobusu jest jakieś 16 stopni. Temperatura zewnętrzna to około 30. Różnica temperatur jest taka, że każdy nieprzyzwyczajony do aż tak drastycznych zmian jest chory po jednej podróży.
Autobusy oczywiście są wyposażone w 'czujniki cofania'. Podczas ruchu wstecznego jeden z hindusów wysiada i w trybie ASAP podąża w okolice odwłoka autobusu (ASAP = do dwóch tygodni). Następnie delikwent krzykiem informuje kierowcę o odległości do przeszkody. Kiedy ściana, śmietnik lub inne równie fascynujące zjawisko jest już bardzo blisko nasz Pan Czujnik krzyczeć przestaje i zaczyna dosyć mocno walić w autobus. Nie wiem jak kierowca w ogólnym zgiełku indyjskich ulic jest wstanie w ogóle usłyszeć Pana Czujnika, ale ewidentne słyszy. System ten, oczywiście ku mojemu zaskoczeniu, działa. Autobusy parkują na milimetry, żadnych kraks nie ma. Fascynujące, aczkolwiek raczej nie próbujcie tego w domu.
W zależności od długości trasy i zasobów portfela możemy sobie wybrać rodzaj autobusu. Zwykły autobus, który jest używany do podróży na odległości kilka lub kilkanaście kilometrów, jest autobusem otwartym. To znaczy dokładnie to, co Wam się wydaje: nie ma okien, nie zawsze ma drzwi. Podczas pory monsunowej okienne dziury są zasłaniane czarna folia, podobna do tej z której produkowane są worki na zwłoki lub śmieci. Jak zwykle w Indiach działanie tego wynalazku można określić jako ' mniej więcej'. Mniej więcej na Ciebie nie pada, ale mokry i tak jesteś.
W autobusie są również dwie strony odpowiednio dla kobiet i dla mężczyzn. Burty są nawet opisane, ale oczywiście w sposób mało wyraźny i nikt tych zasad nie respektuje: każdy siada gdzie chce.
| "Dyskoteka gra" |
Przejazd takim autobusem kosztuje dosłownie kilka rupi. Ja za podróż 5 kilometrowa zapłaciłam 8 rupi.
Autobusy powiedzmy dalekobieżne dzieła się na kolejne dwa rodzaje. Pierwszy to tzw sleepery o których za wiele do powiedzenia na razie nie mam, ponieważ podróż tym cudem techniki po drogach, które praktycznie nie istnieją jeszcze przede mną. Jedyne co o nich wiem to to, że oferują jedno lub dwuosobowe łóżka, które w ramach bezpieczeństwa odgrodzone są od reszty podróżnych li i jedynie bawełniana zasłonka.
Drugi to luksusowe, oświetlone od wewnątrz i od zewnątrz jak migająca wielokolorowa wiejska dyskoteka, busy potrafiące pomieścić około 50 osób w swoim przestronnym wnętrzu. We wnętrzu niektórych jest nawet stroboskop. Luksus objawia się głownie w napisach na burtach. Napisane jest 'air suspension' oraz 'fully air conditioned'. Tak, zawieszenie jest tak dziurawe i rozklekotane, że rzeczywiście może być zrobione w całości z powietrza. W klimatyzacji air również się znajduje - należy otworzyć wszystkie okna i stworzyć jeden wielkie przeciąg przez cały autobus- zgodnie ze znaczeniem słowa 'fully'.
W jednym rzędzie siedzi 5 osób w systemie 2+3. Krzesełka za mikroskopijne. Moja koleżanka mówi, że taki autobus jest dla niej wygodny i nie ma na co narzekać. No tak, tylko dla niej rozmiar 32 jest za duży i sięga mi do ramienia. Ja, nieważne jak bardzo bym nie próbowała upchnąć swojej szacownej postaci w rozmiarze 42, i tak zazwyczaj zajmuje 1,5 fotelikokrzeselka.
| Power nap |
Podróż wygląda mniej więcej tak: otwieramy wszystkie okna, ściskamy się wygodnie miedzy oknem a drugim pasażerem lub miedzy dwoma pasażerami i udajemy się w blogi sen, aby odpocząć podczas 14 godzinnej podróży. A na koniec najlepsze: nie ma ubikacji.
Są jeszcze autobusy podróżujące na odległości kilkudziesięciu kilometrów. Kosztują około 100 rupi. Wyglądają mniej więcej jak nasze stare Ikarusy z tym, że posiadają klimatyzacje. Ustawiona na poziom chłodzenia 'zrobić z pasażerów mrożonki' lub ewentualnie 'jakby pingwin tu jechał byłoby mu w sam raz'. Klimatyzacja jest tutaj oznaka luksusu, wiec nie wolno nią sterować ani jej wyłączać. Ma chłodzić możliwie najbardziej. Dzięki czemu wewnątrz autobusu jest jakieś 16 stopni. Temperatura zewnętrzna to około 30. Różnica temperatur jest taka, że każdy nieprzyzwyczajony do aż tak drastycznych zmian jest chory po jednej podróży.
Autobusy oczywiście są wyposażone w 'czujniki cofania'. Podczas ruchu wstecznego jeden z hindusów wysiada i w trybie ASAP podąża w okolice odwłoka autobusu (ASAP = do dwóch tygodni). Następnie delikwent krzykiem informuje kierowcę o odległości do przeszkody. Kiedy ściana, śmietnik lub inne równie fascynujące zjawisko jest już bardzo blisko nasz Pan Czujnik krzyczeć przestaje i zaczyna dosyć mocno walić w autobus. Nie wiem jak kierowca w ogólnym zgiełku indyjskich ulic jest wstanie w ogóle usłyszeć Pana Czujnika, ale ewidentne słyszy. System ten, oczywiście ku mojemu zaskoczeniu, działa. Autobusy parkują na milimetry, żadnych kraks nie ma. Fascynujące, aczkolwiek raczej nie próbujcie tego w domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz