środa, 31 sierpnia 2016

Indie - jedzenie

Jedzenie jest bardzo mocno wpisane w indyjską kulturę. Posiłki są dla Hindusów bardzo ważne. Powinny one być nie tylko smaczne i dobrze przyrządzone, ale również pięknie podane. Moi koledzy mawiają, że jeśli danie jest brzydko podane lub wygląda mało apetycznie nie będą go wstanie zjeść. 
Jeśli chodzi o rytuał weselny napoje i pokarmy są najważniejszym jego elementem.Hindusi mawiają, że nawet jeśli na wesele wszyscy się spóźnią, dekoracje się zniszczą albo zdarzy się jeszcze inna weselna katastrofa to dopóki jest smaczne jedzenie i goście są zadowoleni z posiłków to impreza zaliczana jest jako udana. 

Oreo shake
Jeśli chodzi o codzienne posiłki porządek jedzenia i picia jest ściśle ustalony - należy jeść co trzy, cztery godziny.
Rano pijemy tutaj coś o nazwie "Oreo shake". Jest to faktycznie shake zrobiony z ciasteczek Oreo (4 ciasteczka na 1 szklankę i kopiasta łyżka cukru. Cukier jest po to, żeby tanim kosztem dostać szybko dużą dawkę kalorii. Hindusi również wierzą, że od cukru się nie tyje. Słodzą więc wszystko do takiego stopnia, że niektóre smakołyki przypominają regularny syrop dla pszczół zrobiony li i jedynie z wody i cukru w stosunku 3 części cukru do dwóch części wody.
Śniadanie zwykle złożone jest z ciepłych, ciężkostrawnych oraz konkretnie doprawionych dań. Chilli czy curry nie unikniemy nawet rano. Oprócz typowych warzywnych potrawek na śniadaniu króluje dosa -bardzo cienki chrupiący naleśnik nadziany farszem ziemniaczanym oraz zimnym sosem z mleczka kokosowego i ciepłym, tradycyjnym sosem sambar (rodzaj zupy na bazie soczewicy i miąższu z owoców tamaryndowca z dodatkiem kompozycji przypraw). Białe, ryżowe ciasteczka (idli) podawane z różnymi sosami są chyba najlżejszą opcją śniadaniową.
Między 12-14 Hindusi jedzą lunch złożony z jednego dania: głównie ryżu lub naana (rodzaj indyjskiego pieczywa) z jakimś nie bardzo ciężkim sosem lub potrawka warzywna z dużą przewagą ziemniaków. 
Palak masala dosa
Potem jest czas na wszelkie snacki: chipsy, orzeszki, ciasteczka i inne chrupadełka. Hindusi to uwielbiają.  
Wreszcie nadchodzi pora kolacji....Kolacje je się tutaj miedzy 21-23. Posiłek ten celebruje się tu długo i namiętnie, ponieważ daje on okazje do spotkań towarzyskich, rozmów, śmiechów. Jest ciężki i obfity. Naany, roti i ryz je się w ilości hurtowej. Do tego kilka miseczek dań głównych do podziału. Dania są przeróżne. Malai Kofta, czyli nadziewane słodkim serem i rodzynkami ziemniaki w sosie z orzechów nerkowca, ser paneer w ostrym sosie kholapuri (to jest zwykle najostrzejszy sos dostępny w karcie), dal palak czyli szpinak z soczewicą czy paneer palak - indyjski ser paneer w szpinakowym sosie, kurczak i baranina w różnych odsłonach. Dużo by pisać.
Miseczki z daniami głównymi tylko wyglądają jakby miały mało zawartości. To są tylko pozory. Po zjedzeniu miseczki dalej potrawy oraz kilka naanów człowiek z przejedzenia ma trudności z oddychaniem. Dlatego też zwykle Hindusi dzielą między dwie osoby jedną potrawę.
Nasionka

Po posiłku serwowane są nasionka odświeżające usta. Nasionka wyglądają bardzo ładnie i kolorowo. Nie mam pojęcia, co to jest za roślinka, ale smakuje jak anyż. Obrzydliwość.

Vada pao
Przekąski uliczne. O tym można by napisać osobną książkę. Na każdym kroku i na każdy rogu można spotkać malutkie budy z jedzeniem lub panów z wózkami pełnymi smakołyków. Na oczach przechodniów przygotowują potrawy takie jak pagoda bread (rodzaj tostów nadzianych ziemniaczanym farszem i sosami smażonych w cieście na głębokim oleju), krążki cebulowe, kawałki kalafiora w cieście, vada pao (słodkie bułeczki nadziane ziemniaczanym kotlecikiem z mnóstwem ostrych sosów), kolby kukurydzy opalane na bardzo mocnym ogniu, orzeszki w przeróżnych panierkach. Ceny przekąsek zaczynają się od 10 rupi, czyli 60 groszy.
Zdarzają się również przekąski z mięsem takie jak szaszłyki albo kebaby z kurczaka. Jednak mięso spotykamy tu o wiele rzadziej ze względu na panujący w Indiach wegetarianizm. 



Jako ze Indie to kraj bardzo ciepły trzeba się odpowiednio nawadniać. W wielu budynkach są zainstalowane tzw. water coolery z których można nabrać sobie zimną wodę do pica.Ja nabieram sobie wodę do butelki. Hindusi jednak idą w bardziej hardcore'ową wersję picia wody. Przy water coolerze na metalowych łańcuszkach przyczepione są na stałe kubeczki więc każdy podchodzący do wodnej maszyny może ugasić pragnienie korzystając z tych wspólnych kubeczków. Co prawda Hindusi nawet wodę piją w "Indian style" czyli nie dotykając ustami do naczynia tylko wlewając sobie wodę prosto w gardziel jak, nie przymierzając, Polak piwsko,ale korzystanie z jednego naczynia przez setki ludzi wydaje mi się mocno obrzydliwe.
Z tą wodą jest jednak jeden problem: jest tak mocno oczyszczana chemikaliami i promieniami UV, że są w niej zabijane absolutnie wszystkie minerały i składniki odżywcze. Krótko mówiąc: pragnienie gasi ale odpowiednio nas nie nawadnia. Nawet butelkowana woda zwykle jest "with no added minerals".
Stoisko z owocami
Można sobie z tym problemem radzić na kilka sposobów. Pierwszy to dodawanie do wody środków nawadniających organizm. Jednak na dłuższą metę jest to rozwiązanie lekko uciążliwe. Hindusi radzą sobie z tym problemem w inny sposób: mniej więcej dwa razy dziennie piją świeże soki z owoców oraz wodę z sokiem z limonki oraz dodatkiem cukru oraz soli. Osobiście polecam sok z owocu mosambi (coś w rodzaju naszego pomelo) albo ananasa. Zamawiając sok należy pamiętać, żeby dodać magiczne słowa " with no sugar". Inaczej wspaniały świeży sok zmieni się w zawiesinę cukrowa z dodatkiem owoców.
Kolejnym sposobem na walkę z odwodnieniem organizmu są owoce. Duże ilości świeżych owoców. Można je kupić wszędzie, w sklepach, na straganach, prosto z wózków ulicznych. Jak się ma troszkę więcej szczęścia to nawet zerwać prosto z drzewa. Są zawsze świeże i dostarczają witamin i innych potrzebnych składników, ale ...prawdopodobnie ze względu na klimat, w którym rosną, dla mnie składają się całkowicie z samego cukru. Ostatnio po zjedzeniu kawałka arbuza musiałam pochłonąć pół litra wody, żeby pozbyć się tej straszliwej słodyczy z ust.

Herbata
Herbata i kawa. Indie słyną z doskonalej kawy i herbaty. Byłam na plantacjach obu tych roślin - widok jest przecudowny. Problem zaczyna się jednak w momencie, w którym chcemy się tej herbaty lub kawy napić. Oba napoje są serwowane z dodatkiem lokalnych przypraw w malutkich papierowych lub metalowych kubeczkach o pojemności mniejszej niż 100 mililitrów. W obu napojach przeważa mleko oraz cukier. Cukier jest obecny w takiej ilości, że bardziej sączymy kawo lub herbatopodobną słodką zawiesinę niż faktycznie rozkoszujemy się płynnym napojem. Normalnej kawy z mlekiem bez cukru albo zwykłej czarnej herbaty w Indiach można ze świecą szukać.

Hindusi są przeważnie szczupli lub wręcz chudzi. Otyłość jest spotykana tylko w przypadkach osób, które naprawdę uwielbiają jedzenie i spędzają czas jedynie na pochłanianiu nadmiernej ilości pokarmów. Dla mnie jest to zjawisko dosyć szokujące biorąc pod uwagę fakt, że podstawowymi składnikami we wszystkich posiłkach są warzywa strączkowe, miliony węglowodanów oraz tony klarowanego masła (ghee).
Istnieje tutaj pewna teoria dotycząca masła: im więcej masła zjesz, tym piękniejszą masz skórę. To jest powód, dla którego wszystkie sosy i potrawy są takie tłuste, a zamówienie butter naana w restauracji grozi umazaniem sobie rak masłem aż do łokci. Istnieje też druga teoria dotycząca naanow, roti i wszystkich innych chlebków kontra ryżu. Hindusi wierzą, że od ryżu się tyje a od chlebków nie. Czyli garstka suchego ryżu dołączona do obiadu zrobi z Ciebie wieloryba, za to naan, który pływa w maślanej kąpieli jest absolutnie nie tuczący. Również jedzenie ciężkiej kolacji w okolicach godziny 21-22 jest absolutnie w porządku. Za utrzymanie prawidłowej wagi w Indiach odpowiedzialne jest picie każdego poranka na czczo szklanki letniej wody z dodatkiem miodu i soku z limonki. Podobno pijąc tą miksturę w tym klimacie można schudnąć do 4 kg miesięcznie. 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Indie - motocykle




Przede wszystkim należy chyba zacząć od tego, że w tej części Indii, w której mieszkam, nie ma normalnych motocykli. Poważnie. Pojemności moplików poruszających się po tutejszych drogach, wahają się od 125 do 350 ccm. Marzeniem większości chłopaków jest motocykl Bajaj Pulsar o maksymalnej pojemności 200 ccm albo Royal Enfield Thunderbird o pojemności niewiele większej niż ćwiartka wódki, czyli właśnie wspomnianej wyżej 350. Thunderbird co prawda występuje również w wersji typowego pół litrowego Żubra, ale na ulicach równie ciężko go zobaczyć co bengalskiego tygrysa. Zapytana, jakim motocyklem chciałabym tutaj jeździć odpowiedziałam bez wahania: RE Himalayan (który ma silnik o zawrotnej pojemności 400ccm).  Tym modelem, odbywają się tutaj kilku tygodniowe, dzikie wypady w Himalaje m.in. nad jezioro Lakh i do miejscowości Leh. Ja rozważając trasę w takie rejony brałabym pod uwagę co najmniej Transalpa ale niech im będzie. Panowie byli bardzo zdziwieni, że chciałabym jeździć taką mocną maszyną. Po wygłoszeniu mojej następnej części zdania "a w przyszłości chciałabym mieć Triumph Rocket III Roadster" część męskiego grona wyszła ze stresu na papierosa. 
Zdecydowana większość panów posiada studwudziestkipiątki. Tak, panów. Dla pań raczej zarezerwowane są skutery. Oczywiście panowie również z nich korzystają, ale powszechnie wiadomo, że skuter nie jest tak męski jak motocykl. Widziałam tutaj tylko jedną kobietę na motocyklu. Była tak przerażona faktem siedzenia na potwornej maszynie o niesamowitej pojemności 250 ccm, że wrzucenie pierwszego biegu zajęło jej dobre 5 minut.
W teorii  skutery są wolniejsze, wiec automatycznie bezpieczniejsze. Co prawda ze względu na stan tutejszych dróg, ruch na ulicy, deszcz oraz kompletna ignorancje w zakresie zasad ruchu drogowego średnia prędkość w mieście to 40 km/h a na autostradzie 60 km/h, jednak dalej śmiem wątpić, ze jakikolwiek skuter, nawet w tych warunkach, może być bezpieczniejszy od motocykla.

Jeśli chodzi o ubiór na maszynę to on właściwie nie istnieje. Można jeździć w saree, panowie jeżdżą w dhoti (rodzaj męskiego saree, przypominający krótki lub długi ręcznik zasłaniający strategiczne okolice), można jeździć w szortach, wszyscy jeżdżą w japonkach lub nawet boso. Kaski są tylko zalecane. Co prawda, żeby jechać poza miasto np. na pobliską plażę zazwyczaj coś tam na głowę się zakłada, ale z homologacją drogową ma to niewiele wspólnego. Policja wydaje się być całkowicie pogodzona z tym faktem.
Jeśli chodzi o kontrole dokumentów ogólnie przyjętym dniem na ich sprawdzanie jest sobota. Patrol stoi przy drodze do najbardziej obleganych studenckich klubów i sprawdza prawo jazdy i kaski. Trzeźwości nie. Aby uniknąć kontroli wystarczy zostawić motocykl np. metr przed miejscem, w którym stoi policja i ostatnie 200 metrów do klubu przejść piechota. Wszyscy wtedy wiedza, że dany kierowca nie ma dokumentów, prawa jazdy i maszyna nie jest odpowiednio serwisowana, ale mandatu nie dostanie.

Na maszynach jeździmy na dwa różne sposoby. Klasycznie, czyli okrakiem lub "Indian style". Wtedy siadamy na motocyklu bokiem tak, jak w damskim siodle. W klasycznym saree faktycznie nie da się usiąść normalnie na maszynie i zastosowanie manewru "Indian style" ułatwia  nieco życie, ale z własnego doświadczenia wiem, że jest to absolutnie przerażające. Publicznie trzymać się kierowcy nie wypada. Siedząc bokiem możemy trzymać się jedynie malej raczki z tylu motocykla. Oczywiście jeżeli mamy szczęście i motocykl jest w nią wyposażony. Zdecydowana większość nie jest. Jazda "Indian style" oczywiście zarezerwowane jest głównie dla pań.



Alkohol. To jest akurat to, co mnie absolutnie przeraża. Nikt nie zwraca uwagi na trzeźwość kierowców oraz pasażerów. Co więcej, jak odmówiłam kiedyś alkoholu podczas kolacji tłumacząc się, ze przyjechałam jako pasażer na motocyklu moi hinduscy koledzy dosłownie popłakali się ze śmiechu.
Brać studencka imprezuje każdego wieczora mniej lub bardziej intensywnie, ale za to raczej zawsze alkoholowo. Następnie, kiedy kluby zostają zamknięte koło godziny 23:30 impreza przenosi się do akademików, w których akurat nie ma restrykcji dotyczących godzin odwiedzin tudzież na miej lub bardziej opuszczone place budowy. Po wypiciu ilości whiskey, która powaliłaby nawet Polaka, ledwo stojący Panowie Kierowcy zasiadają na swoje maszyny. Oczywiście testosteron buzuje. Oni są panami świata. Mogą wszystko. Dojada wszędzie, W absolutnie każdym stanie trzeźwości lub nietrzeźwości. Trochę mi się to kłóci z tym, że na każdym kroku podkreślają, że jeśli zabierają dziewczynę na imprezę to musza dbać o jej reputacje, honor, zaopiekować się nią i zadbać o bezpieczeństwo. Tłumaczenie że zwłaszcza w nocy, na nie oświetlonych drogach, podczas pory monsunowej oraz bez kasku prowadzenie motocykla po pijaku jest średnim pomysłem do Panów nie dociera.

Aby zdobyć prawo jazdy na motocykl oczywiście trzeba pójść na kurs, zdać część dotycząca przepisów oraz część praktyczną. Jednak parafrazując klasyka  "ale, ale! jest to zasada czysto teoretyczna". Jeżeli cokolwiek sprawia tutaj problemy to właśnie część dotycząca przepisów. Część praktyczna polega na odpaleniu motocykla, przejechaniu kawałek prosto, płynnym hamowaniu oraz zrobieniu jednej ósemki. Męska brać po wysłuchaniu wykładu o sekwencji ósemek i wolnym slalomie bez podparcia nogą oraz kilku innych następujących po tym ćwiczeniach stwierdziła, że w Polsce wszyscy egzamin by pooblewali. W sumie jest to dosyć dziwnie biorąc pod uwagę fakt, że tutaj jazda po mieście polega głownie na bardzo mocnym manewrowaniu i przeciskaniu się na milimetry pomiędzy innymi użytkownikami ruchu drogowego. Jeżeli istnieje kraj, w którym zrobienie kilku ósemek pod rząd oraz wolnego slalomu zaraz po nich wykonaniu wolnego slalomu oraz na końcu salta z półobrotu na zwyczajnej drodze ma sens to myślę, że są to właśnie Indie. 

piątek, 26 sierpnia 2016

Indie - krawiec

Pewnego dnia moi znajomi postanowili urządzić oficjalny bal. Powodu do świętowania jako takiego nie było, chodziło głównie o pretekst do zakupu saree i innych tradycyjnych indyjskich strojów. Powód do wydawania pieniędzy wydał nam się dobry, jak każdy inny. Z wielkim podnieceniem całą damską rozchichotaną bandą udałyśmy się do pobliskiej miejscowości do sklepu z materiałami i indyjskimi strojami. Większość moich koleżanek zakupiło tradycyjne saree. Sprzedawcy mieli niezły ubaw, ponieważ do europejskich bladych karnacji najbardziej pasowały intensywne kolory czerwone, różowe oraz głębokiego wina, czyli kolory, które w Indiach są zarezerwowane zazwyczaj na ślub. Po zakupie saree oczywiście padło pytanie, skąd wziąć te króciutkie bluzeczki, które zwykle hinduskie kobiety noszą pod saree. Sprzedawca wytłumaczył nam, że kawałek materiału w saree jest przeznaczony na bluzeczkę (choli). Oznaczało to tylko jedno: krawiec.


Jeśli chodzi o mój wybór stroju postanowiłam pójść level wyżej. Wiedziałam, że pół imprezy i tak spędzę  na motocyklach uganiając się za krowami czy innym dziadostwem więc postanowiłam dać sobie więcej swobody i zamiast klasycznego saree kupić sukienkę do tańca. Taka sukienka nazywa się anarkali. Jest to właściwie całkiem klasyczna sukienka o rozkloszowanym dole oraz długości albo 7/8 albo do ziemi. Jeśli nasza sukienka jest w wersji krótszej zakładamy pod spód legginsy lub szerokie spodnie. Jak to ja chciałam sukienkę albo czarną albo czerwoną z lekka domieszką srebrnego koloru. Tutaj zaczęły się schody: kolor złoty i złoto ogólnie jest w Indiach oznaką wysokiego statusu społecznego i bogactwa, dlatego większość biżuterii, materiałów oraz ubrań jest ozdabiana własnie tym kolorem. Po niesamowicie długiej walce ze światem, internetem oraz sklepami udało mi się wreszcie kupić wymarzoną na wpół uszyta czerwono - czarna sukienkę, materiał na spodnie oraz szal. Większość formalnych ubrań jest tutaj na wpół uszyta, aby można samodzielnie sobie dopasować głębokość dekoltu i stopień pasowania danej sukienki/spódnicy. Również oznaczało to tylko jedno: krawiec.

Zarówno ja jak i moje koleżanki wiedziałyśmy już, że nie unikniemy wizyty u krawca. Wszystkie byłyśmy tym faktem z lekka przerażone. Dziewczyny, które kupiły drogie saree, bardzo chciały, aby bluzeczka była dobrze dopasowana i ładnie się prezentowała. Wybrały się więc do najbardziej obleganego krawca w pobliskim mieście. Standard tego miejsca był iście europejski: czysto, klimatyzacja, przebieralnia, polki i wieszaki  z uszytymi ubraniami dla klientów. Jak na Indie to same luksusy. Za uszycie choli w zależności od materiału oraz stopnia skomplikowania bluzeczki (tak, tak istnieją cale grubaśne katalogi z wzorami jak ma wyglądać tył, przód, wiązanie, wycięcie, sznureczek i pies jeden wie co jeszcze w tym choli) należało zapłacić 500-650 rupi. Czas oczekiwania na choli u tego krawca to 9 dni.

Pan Krawiec
Mnie osobiście jeździć do innego miasta na przymiarki i po odbiór ubrań się nie chciało. Podpytałam gdzie w Manipalu jest krawiec, usłyszałam w odpowiedzi ze w jednym z hoteli i poszłam. Hotel znalazłam. Po kilku mniej udanych próbach znalazłam również krawca. Standard tego miejsca odbiegał nieco od europejskich standardów. Opisywać nie będę - zdjęcie jest chyba wystarczająco wymowne. Po pokonaniu lekkiego stresu związanego z warunkami sanitarnymi panującymi w pokoiku krawieckim -  weszłam.

Pan Krawiec okazał się sympatyczny. Bardzo delikatnie zdjął miarę, praktycznie mnie nie dotykając. Potem nastąpiła wymiana zdań w mieszance języków hindi, kannada oraz angielskim celem ustalenia dokładnego kroju sukienki. Podczas rozmowy pojawiły się dwa problemy: w sukience chciałam mieć dekolt oraz zamiast spodni pod sukience chciałam uszyć długą spódnicę. Pan Krawiec stanowczo odradził dekolt. Pokazał mi metrem, ze dekolt MUSI być 4 cm mniejszy i koniec kropka. Spódnicę udało mi się jakoś przewalczyć. Na koniec zostawiłam mój indyjski numer i zostałam poinformowana, że mam przyjść za 3 dni po odbiór rzeczy. Bal miał się odbyć za 6 dni, wiec się ucieszyłam, że w razie "niepowodzenia krawieckiego" będę miała jeszcze czas na ewentualne znalezienie innego stroju.

Trzy dni później odebrałam swój pierwszy w życiu telefon w lokalnym języku kannada. Z kilkuminutowej rozmowy zrozumiałam tylko "Ewa Ewa dress dress ready". Rzuciłam wszystko i pognałam do Pana Krawca. Muszę powiedzieć jedno: Pan Krawiec spisał się na medal. Sukienka i spódnica zostały uszyte idealnie. Obiecałam Panu, że jeszcze do niego wrócę. Wróciłam kilka dni później z wpół uszytą spódnicą. Pan na mnie popatrzył, pokiwał głową, powiedział że ma wszystkie moje wymiary i zapytał czy chcę mieć tą spódnicę uszytą na poczekaniu, na wieczór czy na dzień następny. W krawiectwie widocznie nie stosuje indyjskiej zasady ASAP = do dwoch tygodni.;)

A teraz najlepsze: ceny. Uszycie sukienki to 250 rupi, uszycie spódnicy to 150 rupi , zszycie i dopasowanie na wpół uszytej spódnicy to 50 rupi. Dla przypomnienia podam, ze 100 rupi to mniej niż 6 złotych.


Postanowiłam sobie jedno: po najbliższej wypłacie pojadę po więcej materiałów. Zamierzam dostarczyć temu przemiłemu Panu wiele pracy. Zobaczymy, czy europejskie stroje szyje równie dobrze co indyjskie. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Indie - Autobusy

Znacie to uczucie, kiedy musicie gdzieś szybko pojechać i z wielka radością wskakujecie do jednego ze środków komunikacji miejskiej, aby w spokoju i komforcie spędzić kilka najbliższych godzin lub minut podążając do wyznaczonego celu? No właśnie, ja też nie. Okazuje się jednak, że w Indiach autobusy są jednym z najtańszych i najbardziej popularnych środków transportu publicznego. Żeby dojechać do miejsca oddalonego o więcej niż 1-2 km zamiast popularnego 'auto' używa się tu autobusu. Niby normalne ale dla mnie, osoby podjeżdzajęcej samochodem nawet do sklepu oddalonego o 5 metrów od domu, używanie komunikacji miejskiej to, o ironio, prawdziwa ZMORA.

W zależności od długości trasy i zasobów portfela możemy sobie wybrać rodzaj autobusu. Zwykły autobus, który jest używany do podróży na odległości kilka lub kilkanaście kilometrów, jest autobusem otwartym. To znaczy dokładnie to, co Wam się wydaje: nie ma okien, nie zawsze ma drzwi. Podczas pory monsunowej okienne dziury są zasłaniane czarna folia, podobna do tej z której produkowane są worki na zwłoki lub śmieci. Jak zwykle w Indiach działanie tego wynalazku można określić jako ' mniej więcej'. Mniej więcej na Ciebie nie pada, ale mokry i tak jesteś.

W autobusie są również dwie strony odpowiednio dla kobiet i dla mężczyzn. Burty są nawet opisane, ale oczywiście w sposób mało wyraźny i nikt tych zasad nie respektuje: każdy siada gdzie chce.

"Dyskoteka gra" 
Aby dowiedzieć się gdzie i o której dany autobus jedzie nie możemy przeczytać tego ani na tabliczce na przystanku ani na froncie autobusu. Jeśli chodzi o czas musimy po prostu mniej więcej trafić w zupełnie nikomu nieznana godzinę odjazdu. Destynacje podróży poznajemy po krzyku na wpół wychylonego przez drzwi lub okno autobusu Hindusa, który wrzaskiem informuje pasażerów i oczekujących, dokąd dana maszyna zmierza lub do jakiego przystanku się zbliżamy. Często autobus nie zatrzymuje się tylko nieznacznie zwalnia. Wsiadanie i wysiadanie odbywa się poprzez zgrabne wskoczenie lub wyskoczenie z pojazdu. Zaskakujące jest to, ze starsze bosonogie indyjskie matrony zawinięte od stop do głów w sari maja z tymi skokami mniejsze problemy niż ja skacząca w legginsach lub jeansach i obuta w adidasy.
Przejazd takim autobusem kosztuje dosłownie kilka rupi. Ja za podróż 5 kilometrowa zapłaciłam 8 rupi.

Autobusy powiedzmy dalekobieżne dzieła się na kolejne dwa rodzaje. Pierwszy to tzw sleepery o których za wiele do powiedzenia na razie nie mam, ponieważ podróż tym cudem techniki po drogach, które praktycznie nie istnieją jeszcze przede mną. Jedyne co o nich wiem to to, że oferują jedno lub dwuosobowe łóżka, które w ramach bezpieczeństwa odgrodzone są od reszty podróżnych li i jedynie bawełniana zasłonka.

Drugi to luksusowe, oświetlone od wewnątrz i od zewnątrz jak migająca wielokolorowa wiejska dyskoteka, busy potrafiące pomieścić około 50 osób w swoim przestronnym wnętrzu. We wnętrzu niektórych jest nawet stroboskop. Luksus objawia się głownie w napisach na burtach. Napisane jest 'air suspension' oraz 'fully air conditioned'. Tak, zawieszenie jest tak dziurawe i rozklekotane, że rzeczywiście może być zrobione w całości z powietrza. W klimatyzacji air również się znajduje - należy otworzyć wszystkie okna i stworzyć jeden wielkie przeciąg przez cały autobus- zgodnie ze znaczeniem słowa 'fully'.
W jednym rzędzie siedzi 5 osób w systemie 2+3. Krzesełka za mikroskopijne. Moja koleżanka mówi, że taki autobus jest dla niej wygodny i nie ma na co narzekać. No tak, tylko dla niej rozmiar 32 jest za duży i sięga mi do ramienia. Ja, nieważne jak bardzo bym nie próbowała upchnąć swojej szacownej postaci w rozmiarze 42, i tak zazwyczaj zajmuje 1,5 fotelikokrzeselka.

Power nap
Kierowca ma obok siebie posłanie, na którym wygodnie leży podczas postojów zwinięty w krakowski precelek. Podczas podróży na posłaniu siedzi pomocnik kierowcy, który pomaga mu w cofaniu, przejeżdżaniu ciasnych miejsc i sterowaniu ruchem w miejscach, w których korek nie chce się rozładować bez manualnego sterowania.
Podróż wygląda mniej więcej tak: otwieramy wszystkie okna, ściskamy się wygodnie miedzy oknem a drugim pasażerem lub miedzy dwoma pasażerami i udajemy się w blogi sen, aby odpocząć podczas 14 godzinnej podróży. A na koniec najlepsze: nie ma ubikacji.

Są jeszcze autobusy podróżujące na odległości kilkudziesięciu kilometrów. Kosztują około 100 rupi. Wyglądają mniej więcej jak nasze stare Ikarusy z tym, że posiadają klimatyzacje. Ustawiona na poziom chłodzenia 'zrobić z pasażerów mrożonki' lub ewentualnie 'jakby pingwin tu jechał byłoby mu w sam raz'. Klimatyzacja jest tutaj oznaka luksusu, wiec nie wolno nią sterować ani jej wyłączać. Ma chłodzić możliwie najbardziej. Dzięki czemu wewnątrz autobusu jest jakieś 16 stopni. Temperatura zewnętrzna to około 30. Różnica temperatur jest taka, że każdy nieprzyzwyczajony do aż tak drastycznych zmian jest chory po jednej podróży.

Autobusy oczywiście są wyposażone w 'czujniki cofania'. Podczas ruchu wstecznego jeden z hindusów wysiada i w trybie ASAP podąża w okolice odwłoka autobusu (ASAP = do dwóch tygodni). Następnie delikwent krzykiem informuje kierowcę o odległości do przeszkody. Kiedy ściana, śmietnik lub inne równie fascynujące zjawisko jest już bardzo blisko nasz Pan Czujnik krzyczeć przestaje i zaczyna dosyć mocno walić w autobus. Nie wiem jak kierowca w ogólnym zgiełku indyjskich ulic jest wstanie w ogóle usłyszeć Pana Czujnika, ale ewidentne słyszy. System ten, oczywiście ku mojemu zaskoczeniu, działa. Autobusy parkują na milimetry, żadnych kraks nie ma. Fascynujące, aczkolwiek raczej nie próbujcie tego w domu.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Indie - Kino

Pewnego dnia w ramach rozrywki postanowiliśmy wybrać się do położonego na peryferiach miasta kina. 
Z kinem związana jest pewna historia sprzed 4 lat. Podobno pewnej nocy tuż za kinem utworzył się uskok wielkości mniej więcej autobusu. Jako, że to Indie, takie zjawiska tektoniczne średnio mnie dziwią. Dziwne było tylko to, że uskok zatrzymał się kilka centymetrów przed budynkiem kina i nie naruszył jego struktury. Hinduscy studenci dziękowali absolutnie wszystkim swoim Bogom za to, że dalej rozrywkę mieli zapewniana. Gwoli ścisłości: następne kino jest oddalone mniej więcej o 1,5h drogi w jedna stronę autobusem i z wyjścia na zaledwie 3-4 godzinki, aby obejrzeć Bollywood, robi się wyjazd na cały dzień. Zaczynam rozumieć problem.

Cała moja radosna grupa zaopatrzona w odpowiednia ilość napojów i przekąsek zapakowała się w kilka wozidełek typu „auto” i pojechaliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy przy wejściu czekała nas kontrola na bramkach rodem z lotniska. Odebrano nam wszystkie napoje, papierosy, ostre przedmioty a nawet apteczki. Wszystkim, którzy oglądali film „Machete” znana jest metoda tworzenia broni z bandaża elastycznego i kawałka byle ostrza. Również skutecznie przyklejony na usta plaster odcina dopływ powietrza i zabija – to przecież jasne. Z apteczka nie ma żartów. Następnie po ponownym zaopatrzeniu się w przekąski i napoje poszliśmy do sali. Przekąski podawano bardzo sprytnie, na specjalnie wyprofilowanej tacy, aby wszystkie niezbędne nachosom i samosom sosy nie uległy rozlaniu. Sala kinowa była olbrzymia i bardzo luksusowa. Fotele rozsuwane, z podnóżkami i regulowana częścią pod głowa. Standardem spokojnie przewyższały samolotowa klasę business. 

Filmy w Indiach ogląda się na kilka części. Oznacza to, że mniej więcej w połowie następuje przerwa na toaletę oraz dokupienie kolejnych przekąsek. Dla leniwych są nawet kelnerzy, którzy przynoszą wszystko na wskazane miejsce. Początkowo te przerwy w filmach troszkę mnie denerwowały jednak przy głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że faktycznie mają one sens. Oglądając ponad trzy godzinny film Bollywood mniej więcej w połowie faktycznie istnieje potrzeba pozbycia się poprzedniej coli i dokupienia następnej.

Wizyta w kinie to koszt rzędu 200 rupi za film 3D czyli około 12 zł . 

Bardzo fajne to kino. Muszę chodzić częściej:)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Indie - Motoryzacja

Motoryzacja

Zasady ruchu drogowego w Indiach praktycznie nie istnieją. Pojazdy, co prawda próbują trzymać się odgórnie narzuconego ruchu lewostronnego, ale zdarza im się też jechać pod prąd lub w bliżej nieokreślonym kierunku np. po ukosie albo w poprzek drogi. Przed każdym skrętem, skrzyżowaniem, rondem tudzież innym napotkanym pojazdem lub pieszym samochody, ciężarówki, motocykle oraz rowery wydaja z siebie radosne "beep" informując resztę użytkowników ruchu drogowego o tym, że "ja tu jadę", "uważaj na mnie" albo "zjedź mi z drogi". Podobnie jest z pieszymi. W większych miastach przejścia dla pieszych nawet są oznaczone i namalowane, ale cóż z tego jeśli żaden pojazd i tak przed tym przejściem nawet nie zwolni. Jedli człowiek nie ruszy z miejsca w samobójczy slalom pomiędzy autami, krowami i motocyklami praktycznie rzucając się pod koła nadjeżdżających pojazdów, przed przejściem dla pieszych będzie stał tak długo, aż doczeka się Apokalipsy. Sygnał dla samochodu, że zamierzasz przed nimi przejść to wystawienie otwartej dłoni w jego stronę. U Hindusów to działa. Postanowiłam to sprawdzić i w ten sposób przejść przez jezdnie zatrzymując otwartą dłonią ciężarówkę. Z duszą na ramieniu weszłam na drogę, wyciągnęłam dłoń i czekałam na katastrofę. Nie doczekałam się. Ciężarówka z radosnym "beep" zmieniła swój tor jazdy spychając na pobocze ze trzy riksze i umożliwiając mi przejście. Jednak cuda się zdarzają i ten system u nich działa. Dziwne.

Brameczka
Światła są głownie wyłączone lub migają tylko na żółto mniej więcej pokazując, gdzie jest skrzyżowanie. Mniej więcej. Autostrady są jeszcze lepsze. Niby są na nich postawione bramki do poboru opłat, ale w większości kierowcy omijają je bokiem unikając płacenia. Nawierzchnia na takiej autostradzie jest nawet równa co nie znaczy, że nie ma z nią żadnych problemów. Po pierwsze, co jakiś czas ustawiony jest slalom z metalowych brameczek, na których tablice ostrzegawcze aż krzyczą, żeby jechać ostrożnie i zwolnić. No tak. Trudno nie zwolnic, jak jedzie się z mniej więcej pełną dozwoloną prędkością zawrotnych stu kilometrów na godzinę slalomem między krowai i nagle widzi się przed oczami brameczki. Zwalniają wszyscy. Naraz. Oczywiście tworząc zator i mniej lub bardziej poważne kolizje. Po drugie autostrady leżą częściowo nad rzekami bądź terenami zalewowymi, co ułatwia zalanie ich w porze monsunowej. Jeśli rzeka wystąpi z brzegów i zaleje drogę czas oczekiwania na opad wody wynosi np. 4 godziny. Od momentu kiedy przestanie padać. A padać oczywiście tak szybko nie przestanie, bo jest pora monsunowa. I tak np. droga która zajmuje normalnie 2 h jazdy wydłuża się o godzinę na padający deszcz oraz o kolejne 4 h na opadniecie wody z rzeki. Fantastycznie. Nic, tylko wsiąść w samochód i jechać na spotkanie przygody. No i wreszcie po trzecie - ludzie. Część ludzi w Indiach po prostu nic nie robi. Siedzi, stoi, przygląda się światu. Pełna sielanka. Sielanka kończy się w momencie, gdy człowiek obserwujący świat siedząc na pasie oddzielającym dwa kierunki ruchu nagle postanawia żwawo zerwać się i pobiec do lasu na brzegu autostrady np. po to, żeby poobserwować świat z innej perspektywy. Średnio bezpieczne i z punktu widzenia kierowcy i tego niefrasobliwie przebiegającego przez drogę Hindusa.

Jak już mowa o niefrasobliwości i bezpieczeństwie to absolutnie fascynuje mnie tutaj fakt jeżdżenia motocyklem. Na motocyklach i skuterach jeżdżą wszyscy. Znaki drogowe doradzają zakładanie kasków podczas jazdy ale…ale widząc dziennie setki jednośladów widzę może 3 osoby w kasku. Również widzę np. po 3-4 osoby na jednym motocyklu czy skuterze. O kwestii ubrań ochronnych można spokojnie zapomnieć. Jeżdżenie w sari (tradycyjnym indyjskim damskim stroju), japonkach czy krótkich spodenkach jest tu na porządku dziennym. Skutkuje to oczywiście dosyć spektakularnymi wypadkami, ale nikt chyba nie wyciąga z tego żadnych poważnych wniosków.

"Auto" postój
Podstawowym środkiem poruszania się są riksze, zwane prze hindusów „auto”.  Riksza to bliżej nieokreślony trójkołowy ulep, zrobiony na jakimś śmietniku z taili nieprzydatnych już nawet przysłowiowym polskim „Januszom mechaniki samochodowej”. Wygląda tak, jakby za chwilę miała się rozpaść, a droga hamowania tego cuda kończyła się w następnym miesiącu w innym województwie. O dziwo nie jest aż tak źle. Co prawda maksymalna prędkość pod górkę to chyba 5 km/h a z górki tak na oko to 15 km/h (nie wiem dokładnie, ponieważ riksze liczników nie mają), ale hamulców tego urządzonka pozazdrościłoby niejedno sportowe auto.  Hindusi jeżdżą nimi wszędzie niezależnie od tego czy jest to blisko czy daleko. Potrafią podjechać np. 200 metrów riksza tylko po to, żeby nie musieć tego dystansu iść na własnych nogach.  W tym wypadku nawet się z nimi zgadzam. Przejazd riksza zaczyna się od 30 rupi (około 1,80 zł) a kończy w okolicach 60 (około 3,60 zł) za taryfę nocna.

Oprócz tego, że samochody jeżdżą po nie właściwej stronie ulicy (tylko dlatego, że w jakichś zamierzchłych czasach rycerze postanowili używać lewej strona drogi, bo łatwiej im się było bronić przed potencjalnym wrogiem dzierżąc miecz w swej prawicy) oraz przepisy ruchu drogowego praktycznie nie istnieją, pojazdy w większości są wyposażone w czujniki cofania. Jak wszystko w Indiach czujniki cofania również rządzą się swoimi prawami. Standardowo czujnik cofania powinien pomagać kierowcy  informując go o odległości, jaka pozostała do przeszkody, znajdującej się za pojazdem. Nie jest tak. Czujnik cofania służy do ostrzegania innych kierowców przed tym, że pojazd zaczyna jechać do tylu. Co więcej: zamiast krótszego lub dłuższego "beep" rozlegającego się wewnątrz samochodu indyjskie samochody maja zamontowane grające urządzonka, nadające w świat sygnał w postaci piosenki, bądź dłuższej melodii. Innymi słowy, jeśli jedziesz sobie prosta droga i nagle słyszysz wesoła, głośna melodyjkę rodem z Bollywood musisz wytężyć absolutnie wszystkie zmysły, aby zgadnąć, który pojazd z ustawionych w nierównej linii na poboczu drogi zaczyna właśnie włączać się do ruchu kołowego. Szczególna ostrożność zachowuje ten, który jedzie po drodze z pierwszeństwem a nie ten, który się na nią włącza.


Renault Duster
Pewnego dnia podczas spaceru kolega zwrócił mi uwagę na samochód o wdzięcznej marce Renault model Duster. "Duster jak Duster, nawet całkiem czysty jak na tutejsze warunki" pomyślałam i poszłam dalej. Zaraz, chwila. Nie istnieje przecież taki ulep jak "Renault Duster". Duster to może być Dacia. Otóż nie. Podobno w poprzednich latach marka Dacia dała w Indiach popis swojej nieudolności wprowadzaj na rynek samochody, które psuły się bardziej niż przysłowiowa Vectra B. Aby sprzedać Hindusom model Duster znaczki "Dacii" są masowo zamieniane na znaczek "Renault". Mimo, ze jest to dokładnie ten sam samochód Hindusi kupują terenówki (te renówki) z większym przekonaniem, niż  poprzednia markę. No cóż, widocznie Hindusi wola bardziej Francuzów niż Rumunów.

Optimus Prime
Z resztą zmiana znaczka na samochodzie to tutaj codzienność. Widziałam juz np. lanosopodobne stworzenie, które stało się seryjna Porschawka czy Suzuki, które stało się Transformersem całą swoją okazałością prezentując światu, iż jest nowym Optimusem Primem. Janusze Indyjskiego Tuningu maja tutaj duża fantazję właśnie w zakresie zmiany znaczków, malowania samochodów w przeróżne mniej lub bardziej udane wersje True Flame'a oraz montowanie tylnych spoilerów tak wielkich, że trzyosobowa rodzina mogłaby zjeść na nich dwudaniowy obiad z deserem. Oczywiście tuningowanie dźwięku silnika samochodu oraz melodyjek czujników cofania również znajduje się w zakresie "Januszowania".

Breloczek z papryczkami

W Indiach wszystko musi być kolorowe. Na drodze również.  Auta i ciężarówki są często udekorowane łańcuchami z kwiatów, wielobarwnymi wstążkami. Najbardziej groteskowy widok stanowią wielkie ciężarówki, służące do transportu kamieni, cegieł i żwiru, nad których ładunkiem powiewają girlandy kwiatów i zwiewne wstążeczki uczepione maski oraz lusterek. Jednak, jeśli chodzi o ozdabianie pojazdów to wyobraźnia ozdabiających nie zna granic. Najciekawsza ozdoba, która do tej pory widziałam był breloczek z papryczek przyczepiony do motocykla. 

Indie to kraj wielu religii. Jak powiedział mój indyjski kolega "Tutaj znajdziesz wszystkie religie świata". Bardzo możliwe. Wobec powyższego kierowcy uznają za słuszne oddawanie w Boska opiekę siebie oraz swoje pojazdy.  Przewiane w każdym pojeździe znajduje się mały ołtarzyk, chroniący kierującego przed złem i wypadkami na drodze. Patrząc na to, co tutaj dzieje się na ulicy, takie podejście jest jak najbardziej wskazane.


środa, 17 sierpnia 2016

Dlaczego w ogóle Indie?;)



Dlaczego w ogóle Indie?;)

Odpowiedz jest prosta- a dlaczego nie? Podróże przecież kształcą, dystansują do problemów życia codziennego o rozwijają a Indie intrygowały mnie od zawsze. Ci, którzy mnie znajda doskonale wiedza, że dla mnie to bez różnicy czy mieszkam w Indiach, Polsce czy Stanach Zjednoczonych. Problemy są wszędzie takie same. Trzeba jeść, pić, mieć gdzie spać, się w co ubrać, mieć samochód i dużo butów. Mając wszystko powyższe zapewnione już można się poczuć względnie szczęśliwym. Mając do tego jeszcze tropikalną dżunglę za oknem, szafe pełna saree, świeży sok ananasowy i pyszne indyjskie jedzenie więcej mi do szczęścia nie potrzeba. (No może oprócz małego tygryska, basenu z rekinami i garażu pełnego samochodów z najmocniejszymi silnikami - ale to już są szczegóły). 


Kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu do Manipalu na praktyki wahałam się tylko przez chwile. Właściwie to od początku wiedziałam, że się zdecyduje i pojadę, ale swoją porcje paniki, płaczów i nie istniejących problemów, jak to ja, musiałam odstawić. Jak na to teraz patrzę z pewnej perspektywy czasu to moim ulubionym problemem przed wyjazdem były nie tropikalne choroby, biegunka podróżnych, 26 godzinna podróż, brak samochodu (no dobra, brak samochodu przeraża mnie nadal) czy potencjalnie złe warunki sanitarne. Największym problemem było 'Co ja zrobię jak już wrócę do Polski?'. Typowe. Jeszcze się nic nie stało, jeszcze nawet nie miałam wizy, ale panika o powrót musi być.


Ostateczna decyzja o tym, że jednak jadę przyszła kilka dni po moim pierwszym planowanym terminie rozpoczęcia pracy w Indiach. Było to spowodowane opóźnieniem związanym z procedura wizowa. Jako, że generalnie z zasady spóźniać się nie lubię, a na starcie byłam opóźniona jak prawdziwy Hindus (w Indiach procedura ASAP oznacza mniej więcej "do dwóch tygodni" a nie nasze normalne "rzuć wszystko i ratuj sytuacje") moje podejście do wyjazdu było z lekka negatywne. Na zrobienie pierwszych i ostatnich zakupów przed podróżą, dokończenie wizyt u wszystkich lekarzy, aby oszczędzić sobie tej przyjemności na miejscu, zakup biletu lotniczego, pakowanie się oraz decyzje czy wyprowadzić się z aktualnego domu w panice przewożąc rzeczy nocami miedzy Warszawa a Gliwicami oraz najważniejsze: decyzję, gdzie na 3 miesiące zamieszka mój ukochany samochód (tak, sama się sobie dziwie, że można kochać nie dość, że Opla to jeszcze Vecte xD) zostało mi jakieś 9 dni. I mało i dużo. Szczęście w nieszczęściu z pracą pożegnałam się kilka dni wcześniej wiec na przedwyjazdową panikę oraz jeżdżenie po mieście z prędkością światła mogłam poświęcać całe dnie. Opis 26 godzinnej samolotowej podróży z czterema przesiadkami pominę. Mogę tylko powiedzieć, że latając liniami Etihad nawet w klasie ekonomicznej jest całkiem wygodnie.

Po przeżyciu ostatniego odcinka Mumbai - Mangalore wysiadłam z wreszcie na lotnisku docelowym. Pomocny Hindus, za drobną opłatą wysokości 10 rupi (60 groszy) uratował mnie przed problemem noszenia własnej torby, załadował moje bagaże do uniwersyteckiej taksówki i wraz z moimi dwoma nowymi znajomymi - przesympatyczna Chinka, która wyglądała jak żywa laleczka oraz przystojnym Austriakiem, który po wyjściu z samolotu prawie umarł na zawal na widok brudnego lotniska, brudnych samochodów oraz brudnego wszystkiego - wpadłam prosto w Indyjski Ruch Uliczny...