sobota, 1 października 2016

Indie - kosmetyki

Kosmetyki

Podczas pakowania się przed wyjazdem do Indii dużą wagę przywiązałam do odpowiedniego doboru kosmetyków. Indie, jak wiadomo, kraj trochę dziki, więc zapas kosmetyków na całe 3 miesiące zajmował całkiem pokaźną część mojego bagażu. Wzięłam trochę szamponów, olejki do włosów, zapas dezodorantów, żele pod prysznic oraz inne, temu podobne, niepotrzebne buteleczki. Oraz oczywiście całą tonę makijażu. Wodoodpornego. Tak, o dziwo przed wyjazdem uwzględniłam to, że zwykły tusz zamieni mnie w pandę podczas monsunu, więc wszystko co zapakowałam było long lasting, smudgeproof i waterproof. Słusznie przypuszczacie - byłam w błędzie: połowę wyjazdu pandą i tak byłam.

Przede wszystkim juz po kilku pierwszych prysznicach okazało się, że europejskie kosmetyki są po prostu za słabe na upały rzędu 30 stopni i wilgotność powietrza równą około 98%. O ile szampon czy żel pod prysznic jeszcze spełniał swoje zadanie to dezodorant, użyty po kąpieli, działał maksymalnie 5 minut. Nie mam pojęcia, jaka jest różnica w składzie między europejskim a lokalnym dezodorantem Nivea, ale wiem, że lokalny działa spokojnie przez cały dzień a europejski nie działa wcale.
Rownież odżywka czy olejek do włosów, przy tutejszym ostrym słońcu, nie robiły kompletnie nic. Na ten problem rozwiązanie było bajecznie proste: w każdym sklepie spożywczym lub kosmetycznym znajdziemy olejek kokosowy. W zależności od pojemności kosztuje mniej więcej od 20 do 150 rupii (między 2 a 9 złotych) i ,nałożony na noc a zmywany rano, jest absolutnie najlepszą odżywką do włosów ever.

Rozrywki dostarczyły mi też moje ukochane lakiery do paznokci. Na wyjazd oczywiście wzięłam tylko te najbardziej zaufane i sprawdzone szybkoschnące i długotrwałe produkty. Podczas pierwszego malowania paznokci w Indiach swoim ukochanym lakierem z Loreal'a przeżyłam szok, gdy lakier zamiast schnąć kilka minut dosłownie wysychał przez godzinę. Okazało się, że nasze formuły lakierów nie są przystosowane do wysychania przy tak dużej wilgotności powietrza.
Oczywiście zakupiłam dwa lokalne lakiery, za zawrotną kwotę 50 rupi i 200 rupi ( odpowiednio 3 i 12 złotych) celem wypróbowania. Oba lakiery po pomalowaniu wyschły mniej więcej w 2-3 minuty.

No i makijaż. Generalnie, ze względu na upały, mój makijaż dzienny ograniczał się zwykle do tuszu do rzęs, żelu do brwi, pudru i jakiejś pomadki. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że wyjście w takim makijażu to dla mnie prawie jak wyjście nago. Jednak, gdy już mnie napadło na nałożenie pełnej tapety przy pomocy moich super trwałych europejskich kosmetyków, makijaż trzymał się mniej więcej pół godziny, a następnie w bardzo widowiskowy sposób zamieniał mnie w to piękne, słodkie zwierzątko, które na studiach daje trzy ('Pan-da trzy').
Zwłaszcza jedna historia zapadła mi szczególnie w pamięć: postanowiłam zrobić sobie piękne zdjęcia na plaży podczas zachodu słońca. Umalowałam się czym się dało, zawołałam kolegę z motocyklem i pojechałam na plażę. Przejażdżkę motocyklem makijaż jeszcze przeżył, za to na plaży dopadł nas monsun. Całe moje piękne czarno-zielone smokey eye spłynęło w jednej chwili. Mój kolega popatrzył na mniej prawie z obrzydzeniem i wygłosił: 'You should wear waterproof make up'.
Po tym męskim stwierdzeniu pobiegłam do drogerii z prędkością światła. Kupiłam wszystko.
Po pierwsze okazało się, że indyjskie kobiety używają głownie czarnej kredki do oczu lub linera, którego trwałość dosłownie powala. Liner z firmy Lakme zostanie na oczach chyba do dnia śmierci jeśli się go samemu nie zmyje. CUDO. Reszta kosmetyków jest mocno inspirowana ,nawet kolorystycznie, na europejskich markach, więc nie miałam problemów nawet z zakupem podkładu czy pudru.
Po drugie okazało się, że indyjskie kosmetyki maja bardzo wysokie filtry przeciwsłoneczne (nawet zwykły puder do twarzy ma SPF34). Hindusi szczególna uwagę przywiązują do jasnej cery, ponieważ mocna opalenizna oznacza przynależność do klasy robotniczej i długą pracę fizyczną na powietrzu. Dlatego w drogeriach i sklepach znajdziemy bardzo szeroki wybór produktów z wysokim faktorem przeciwsłonecznym oraz produktów wybielających. Najdziwniejsza rzeczą jaką widziałam był peeling do twarzy z wyciągiem z pomidora, który miał właśnie za zadanie usunąć opaleniznę z twarzy.

Morał z tego taki: jadąc do Indii nie ma po co targać ze sobą kosmetyków. Lepiej zaopatrzyć się we wszystko na miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz