piątek, 17 lutego 2017

Szwajcaria

Katedra w Zurichu
Delegacje to bardzo fajna sprawa. Serio. Można się oderwać od corpo we własnym mieście na rzecz tego samego copro w innym mieście. Większość ludzi cieszy się głównie z tego, ze jest dieta, płacą za jedzenie, transport i hotel, w którym w większości przypadków nie jest nawet potrzebne rano podniesienie kapy z podłogi na łóżko, bo zrobi to za Ciebie dedykowana Pani.
Ja natomiast cieszę się najbardziej z wolnocłowki na lotnisku, która rujnuje  moje 88 frankowe diety poprzez Gin Lubuski w jakiejś śmiesznie niskiej cenie i makijaż marek Urban Decay, Smasbox oraz Clinique. Jak wiadomo: od braku jedzenia jeszcze nikt nie umarł, ale od braku alkoholu i nowego makijażu to już owszem, można mrnąć.

Ale to nie jedyna radocha. Wyobraźcie sobie wyjazd do kraju, w którym wszyscy mówią w najmniej sexownym języku świata - niemieckim. I to nie zwykłym niemieckim, tylko mieszanką czegoś dziwnego i niemieckiego. Tak jest drodzy państwo - Szwajcaria. I teraz tak: mimo, że niestety zdarzyło mi się poznać podstawy niemieckiego, nie rozumiem lokalsów ani w ząb. Cudownie. Wreszcie mogę spokojnie siedzieć w biurze i pracować (haha) i nie słyszę wokół niczego takiego jak "suponuję", "ukierunkowanie na target" czy "poprawa reaktywności". Szczególnie to ostatnie skoczyło wysoko na liście ulubionych corpo-tekstów. 
Pan Grajek od Toccaty xD
Ostatnio szef mnie zapytał, czy mogę określić dany proces bez używania określeń nacechowanych pejoratywnie. Odruchowo określiłam ten proces słowem, które jest powszechnie uważane za obelżywe. Matko i córko, ratunku!

Jako, że w hotelu nie miałam absolutnie nic do roboty, a lądowanie miałam koło 12 w południe, postanowiłam przejść się trochę po Zurichu. W niedzielę po południu było to nawet bezpieczne: wszystkie potencjalne sklepy i drogerie były zamknięte na głucho. Obrałam sobie spokojnie azymut na wodę i zaczęłam spacerek. Swoim zwyczajem zajęłam się obserwacją samochodów. Okazało się, że jestem w miejscu gdzie wszystkie, ale to absolutnie wszystkie samochody są CZYSTE. Dodając do tego fakt, iż większość taksówek tutaj to nowe Tesle, a popularne w Polsce Paseratti (nie śmiejemy się z Pasatów - cenzurując trochę Kickstera MotoznaFcę "Passat jest zarąbisty") to faktycznie jest to Maserati - robi się mrocznie. Po ulicach jeżdżą głównie Audi, Mercedesy, Tesle, Maserati oraz
BMW. Wszystko mega odpicowane, czyste i jakieś takie ...no właśnie - niestety nijakie. Jakoś po tak bogatym kraju spodziewałam się czegoś ... no nie wiem, więcej niż tylko widok szarych, czarnych albo granatowych czystych, nowych modeli samochodów. Niby te wszystkie silniki ładnie mruczą, niby to wszystko jest estetyczne, ale wszystko jest tez dokładnie takie samo. Jedyne, co faktycznie przyciągnęło moją uwagę, to  stara Alfa. Na tle tych wszystkich R8ek i Ghibli prezentowała się cokolwiek egzotycznie.

(Twoja) Stara Alfa
A żeby było jeszcze śmieszniej ludzie tutaj mają dodatkowy pomysł na poruszanie się po mieście (oprócz samochodów i rowerów). Hulajnogi! I to nie jest tak, że tylko młodzież popala na hulajnogach. Ludzie, jak to się mówi, w kwiecie wieku oraz starsi również wybierają ten cudowny środek transportu. Wczoraj widziałam Pana, mniej więcej w wieku mojego ojca, który na hulajnodze wiózł swojej wybrance (lub wybrankowi) okazały bukiet róż. Chwilę wcześniej  na hujalnodze jechała starsza Pani, ubrana w eleganckie spodnium oraz obcasy z laptopem na ramieniu. Dziwny kraj...

Po obejrzeniu tych wszystkich nudnych cudowności oraz wysłuchaniu Toccaty D-Mol Bacha granej na akordeonie (mistrzostwo!) pod jakąś fontanną, która na pewno jest słynna, tylko mnie nie specjalnie obchodziło dlaczego, pojechałam do hotelu. 
Stare Miasto w Olten
W hotelu byłam około godziny 17. Wydawało mi się, że nie jest to za późno, na zjedzenie czegokolwiek.  Źle mi się wydawało. Wszystkie sklepy były pozamykane. Wszystkie knajpy były również pozamykane. Jedyne, co namierzyłam otwarte to kebab w norze tak odrażającej, że nawet po zaprawieniu się w boju w Indiach nie starczyło mi odwagi, żeby tam wejść. Co drugie auto to Maserati, a zjeść kolacji się nie da. Bez sensu. Wygląda na to, że jednak zagranicą trzeba zachowywać się jak Prawdziwy Polak: mieć przy sobie kabanosy i pumpernikiel. 
Buka w Zurichu
Następnego dnia rano postanowiłam pójść na zakupy. Przemknęło mi przez głowę coś w stylu "mrożona kawa". Znalazłam "Matcha Latte". Zwątpiłam mocno. Nie dość, że latte to jeszcze herbata. Wygląda na to, że jednak zagranicą trzeba zachowywać się jak Prawdziwy Polak: mieć przy sobie twardy alkohol w razie zwątpienia. 


Mocno zwątpiono udałam się ubikacją miejską (fuj, nienawidzę transportu publicznego) do biura, aby spotkać moich kolegów z CorpoZinnegoMiasta. Przywitało mnie mocno smutne stado Geeków z IT oraz Włoch z milionem pierścieni oraz białej koszulce z długim rękawem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt rozcięcia tej koszulki na przodzie. Z rozcięcia wyzierał nagi tors oraz złoty łańcuch. I pomyśleć, że ja się stresowałam jak zmieścić w 8 kg bagażu podręcznego ubrania w stylu "Business Casual". Pod koniec dnia, ten jakże sympatyczny Włoch, zaczął pracowicie zdejmować wszystkie pierścionki ze swoich palców po czym dokładnie natarł ręce kremem nawilżającym. Znów z lekka zwatpiłam.

W okolicach południa zostałam zabrana przez moją szefową na lunch oraz spacer po terenie firmy. Poszłyśmy do Showroomu obejrzeć najnowsze produkty firmy. Pokazano mi specjalną toaletę zintegrowaną z umywalką i podajnikiem mydła oraz papieru. Ma ona zastosowanie w więzieniach. Wszystko jest zintegrowane dlatego, aby więzień nie mógł zabić się sedesem...

Do końca delegacji zostały mi jeszcze 3 dni. Mam wrażenie, że - w przenośni i dosłownie - zwątpię do końca...