środa, 31 maja 2017

Gry komputerowe a wspołcześni bohaterowie



Muszę przyznać, że ostatnio problem gier komputerowych dotknął mnie z większą, niż dotychczas, siłą. I teraz tak: pomijając fakt, iż generalnie tracenia czas na granie w gry nie rozumiem, to jeszcze ewentualnie mogę pojąć samochodówki. Niektóre z nich, mniej  lub bardziej udolnie, uczą budowy i naprawy samochodów. Inne, również mniej lub bardziej udolnie, wbijają człowiekowi w pamięć wszystkie zakręty na światowej klasy torach wyścigowych. Wiadomo: szansa, że będziesz w życiu potrzebował testowac na Hungaroring, dajmy na to, najnowszy torowy prototyp Arrinery jest bardzo duża. Przecież to się robi codzinnie;)

Jednak fantastyki i ubijania smoków i innych zmór zrozumieć nie mogę. Ni w ząb. Po pierwsze: po jaka cholerę ubijać smoki? Przecież one są takie piękne i tak mało ich zostało. Nie lepiej już zatłuc tych wszystkich denerwujących ludzi? Byłoby przynajmniej z pożytkiem dla świata.

Postanowiłam jednak zrozumieć potrzebę zagłębiania się w generyczny świat fantasy, gdzie archetypiczny bohater brnie przed siebie, szlachtując coraz to nowe potwory. Oglądałam wizualizacje. Poczytałam trochę w internetach. Pooglądałam wybranka swego, jak walczy z gigantyczna Królową Ćmonietoperzy. Nawet kiedyś dawno temu udało mi się, niestety, spędzić trochę z mojego cennego czasu oglądając speed runy (dla niewtajemniczonych: jakieś typki grają na rzutniku w wypełnionej geekami auli gdzieś w USA i puszczają z tego live'a do sieci w zupełnie nie zrozumianym dla mnie celu). 
I wreszcie przyszło olśnienie!!! Już rozumiem po co niektórzy mężczyźni tyle czasu spędzają ubijając wyimaginowane potwory, przerośnięte roztocza i inne smoki w grach komputerowych. Otóż chodzi o to, że te wszystkie potwory są całkiem realne i istnieją naprawdę. Po prostu Panowie sprzątają świat nierzeczywisty, a Panie świat rzeczywisty!
Wyobraźcie sobie taką sytuację: piękna niewiasta zażywa kąpieli. Nagle, kątem oka, zauważa złowieszczy kształt stosunkowo małej, ale jakże groźnej, ćmy przyczajonej na framudze okna. W ciężkiej panice wola swojego wybranka na pomoc i ratunek ,po czym ucieka do sypialni schować się pod kołdrą. I wtedy do łazienki wchodzi ON-cały na biało. (Zakładam, że jeśli Rycerz wszedł już do łazienki, to został on odpowiednio przeszkolony przez życie oraz gry do walki z tym złowieszczym światem. Pomijam panów, którzy sami się tych ciem boją i wysyłają na pomoc swojego kota.)
Po jakiejś chwili, przerażona potworem niewiasta, pyta z nadzieją swojego Rycerza: "Zabiłeś ją?".
I teraz tak: zaobserwowałam istnienie dwóch typy rycerzy w naszym wspaniałym świecie.
"Nie, wyrzuciłem ją za okno przy pomocy Twojego katalogu z H&Mu" odpowiada bohatersko pierwszy Biały Rycerz i zajmuje się dalej swoimi sprawami ignorując jednocześnie fukanie wybranki swojej, która chciała mieć zabitego potwora i nietknięty ćmią łapką katalog w domu.
Znacznie gorzej postępuje drugi typ rycerza. Taki mianowicie, wpada do sypialni, trzymając mrniętego potwora za skrzydełko, kieruje się prosto ku Swej Pani i, podtykając jej pod oczy truchełko, pyta: „Czy o tą ćmę Ci chodziło, kochanie?”.
Konkluzja jest taka: cały mój dom zaatakowały kurz i roztocza. Czy nie znalazłby się chociaż jeden Bohater, który uratuje mnie przed tą plagą i, zamiast ubijać wyimaginowane strzygi, weźmie szmatę i przybiegnie mi na ratunek?





piątek, 17 lutego 2017

Szwajcaria

Katedra w Zurichu
Delegacje to bardzo fajna sprawa. Serio. Można się oderwać od corpo we własnym mieście na rzecz tego samego copro w innym mieście. Większość ludzi cieszy się głównie z tego, ze jest dieta, płacą za jedzenie, transport i hotel, w którym w większości przypadków nie jest nawet potrzebne rano podniesienie kapy z podłogi na łóżko, bo zrobi to za Ciebie dedykowana Pani.
Ja natomiast cieszę się najbardziej z wolnocłowki na lotnisku, która rujnuje  moje 88 frankowe diety poprzez Gin Lubuski w jakiejś śmiesznie niskiej cenie i makijaż marek Urban Decay, Smasbox oraz Clinique. Jak wiadomo: od braku jedzenia jeszcze nikt nie umarł, ale od braku alkoholu i nowego makijażu to już owszem, można mrnąć.

Ale to nie jedyna radocha. Wyobraźcie sobie wyjazd do kraju, w którym wszyscy mówią w najmniej sexownym języku świata - niemieckim. I to nie zwykłym niemieckim, tylko mieszanką czegoś dziwnego i niemieckiego. Tak jest drodzy państwo - Szwajcaria. I teraz tak: mimo, że niestety zdarzyło mi się poznać podstawy niemieckiego, nie rozumiem lokalsów ani w ząb. Cudownie. Wreszcie mogę spokojnie siedzieć w biurze i pracować (haha) i nie słyszę wokół niczego takiego jak "suponuję", "ukierunkowanie na target" czy "poprawa reaktywności". Szczególnie to ostatnie skoczyło wysoko na liście ulubionych corpo-tekstów. 
Pan Grajek od Toccaty xD
Ostatnio szef mnie zapytał, czy mogę określić dany proces bez używania określeń nacechowanych pejoratywnie. Odruchowo określiłam ten proces słowem, które jest powszechnie uważane za obelżywe. Matko i córko, ratunku!

Jako, że w hotelu nie miałam absolutnie nic do roboty, a lądowanie miałam koło 12 w południe, postanowiłam przejść się trochę po Zurichu. W niedzielę po południu było to nawet bezpieczne: wszystkie potencjalne sklepy i drogerie były zamknięte na głucho. Obrałam sobie spokojnie azymut na wodę i zaczęłam spacerek. Swoim zwyczajem zajęłam się obserwacją samochodów. Okazało się, że jestem w miejscu gdzie wszystkie, ale to absolutnie wszystkie samochody są CZYSTE. Dodając do tego fakt, iż większość taksówek tutaj to nowe Tesle, a popularne w Polsce Paseratti (nie śmiejemy się z Pasatów - cenzurując trochę Kickstera MotoznaFcę "Passat jest zarąbisty") to faktycznie jest to Maserati - robi się mrocznie. Po ulicach jeżdżą głównie Audi, Mercedesy, Tesle, Maserati oraz
BMW. Wszystko mega odpicowane, czyste i jakieś takie ...no właśnie - niestety nijakie. Jakoś po tak bogatym kraju spodziewałam się czegoś ... no nie wiem, więcej niż tylko widok szarych, czarnych albo granatowych czystych, nowych modeli samochodów. Niby te wszystkie silniki ładnie mruczą, niby to wszystko jest estetyczne, ale wszystko jest tez dokładnie takie samo. Jedyne, co faktycznie przyciągnęło moją uwagę, to  stara Alfa. Na tle tych wszystkich R8ek i Ghibli prezentowała się cokolwiek egzotycznie.

(Twoja) Stara Alfa
A żeby było jeszcze śmieszniej ludzie tutaj mają dodatkowy pomysł na poruszanie się po mieście (oprócz samochodów i rowerów). Hulajnogi! I to nie jest tak, że tylko młodzież popala na hulajnogach. Ludzie, jak to się mówi, w kwiecie wieku oraz starsi również wybierają ten cudowny środek transportu. Wczoraj widziałam Pana, mniej więcej w wieku mojego ojca, który na hulajnodze wiózł swojej wybrance (lub wybrankowi) okazały bukiet róż. Chwilę wcześniej  na hujalnodze jechała starsza Pani, ubrana w eleganckie spodnium oraz obcasy z laptopem na ramieniu. Dziwny kraj...

Po obejrzeniu tych wszystkich nudnych cudowności oraz wysłuchaniu Toccaty D-Mol Bacha granej na akordeonie (mistrzostwo!) pod jakąś fontanną, która na pewno jest słynna, tylko mnie nie specjalnie obchodziło dlaczego, pojechałam do hotelu. 
Stare Miasto w Olten
W hotelu byłam około godziny 17. Wydawało mi się, że nie jest to za późno, na zjedzenie czegokolwiek.  Źle mi się wydawało. Wszystkie sklepy były pozamykane. Wszystkie knajpy były również pozamykane. Jedyne, co namierzyłam otwarte to kebab w norze tak odrażającej, że nawet po zaprawieniu się w boju w Indiach nie starczyło mi odwagi, żeby tam wejść. Co drugie auto to Maserati, a zjeść kolacji się nie da. Bez sensu. Wygląda na to, że jednak zagranicą trzeba zachowywać się jak Prawdziwy Polak: mieć przy sobie kabanosy i pumpernikiel. 
Buka w Zurichu
Następnego dnia rano postanowiłam pójść na zakupy. Przemknęło mi przez głowę coś w stylu "mrożona kawa". Znalazłam "Matcha Latte". Zwątpiłam mocno. Nie dość, że latte to jeszcze herbata. Wygląda na to, że jednak zagranicą trzeba zachowywać się jak Prawdziwy Polak: mieć przy sobie twardy alkohol w razie zwątpienia. 


Mocno zwątpiono udałam się ubikacją miejską (fuj, nienawidzę transportu publicznego) do biura, aby spotkać moich kolegów z CorpoZinnegoMiasta. Przywitało mnie mocno smutne stado Geeków z IT oraz Włoch z milionem pierścieni oraz białej koszulce z długim rękawem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt rozcięcia tej koszulki na przodzie. Z rozcięcia wyzierał nagi tors oraz złoty łańcuch. I pomyśleć, że ja się stresowałam jak zmieścić w 8 kg bagażu podręcznego ubrania w stylu "Business Casual". Pod koniec dnia, ten jakże sympatyczny Włoch, zaczął pracowicie zdejmować wszystkie pierścionki ze swoich palców po czym dokładnie natarł ręce kremem nawilżającym. Znów z lekka zwatpiłam.

W okolicach południa zostałam zabrana przez moją szefową na lunch oraz spacer po terenie firmy. Poszłyśmy do Showroomu obejrzeć najnowsze produkty firmy. Pokazano mi specjalną toaletę zintegrowaną z umywalką i podajnikiem mydła oraz papieru. Ma ona zastosowanie w więzieniach. Wszystko jest zintegrowane dlatego, aby więzień nie mógł zabić się sedesem...

Do końca delegacji zostały mi jeszcze 3 dni. Mam wrażenie, że - w przenośni i dosłownie - zwątpię do końca...

sobota, 1 października 2016

Indie - kosmetyki

Kosmetyki

Podczas pakowania się przed wyjazdem do Indii dużą wagę przywiązałam do odpowiedniego doboru kosmetyków. Indie, jak wiadomo, kraj trochę dziki, więc zapas kosmetyków na całe 3 miesiące zajmował całkiem pokaźną część mojego bagażu. Wzięłam trochę szamponów, olejki do włosów, zapas dezodorantów, żele pod prysznic oraz inne, temu podobne, niepotrzebne buteleczki. Oraz oczywiście całą tonę makijażu. Wodoodpornego. Tak, o dziwo przed wyjazdem uwzględniłam to, że zwykły tusz zamieni mnie w pandę podczas monsunu, więc wszystko co zapakowałam było long lasting, smudgeproof i waterproof. Słusznie przypuszczacie - byłam w błędzie: połowę wyjazdu pandą i tak byłam.

Przede wszystkim juz po kilku pierwszych prysznicach okazało się, że europejskie kosmetyki są po prostu za słabe na upały rzędu 30 stopni i wilgotność powietrza równą około 98%. O ile szampon czy żel pod prysznic jeszcze spełniał swoje zadanie to dezodorant, użyty po kąpieli, działał maksymalnie 5 minut. Nie mam pojęcia, jaka jest różnica w składzie między europejskim a lokalnym dezodorantem Nivea, ale wiem, że lokalny działa spokojnie przez cały dzień a europejski nie działa wcale.
Rownież odżywka czy olejek do włosów, przy tutejszym ostrym słońcu, nie robiły kompletnie nic. Na ten problem rozwiązanie było bajecznie proste: w każdym sklepie spożywczym lub kosmetycznym znajdziemy olejek kokosowy. W zależności od pojemności kosztuje mniej więcej od 20 do 150 rupii (między 2 a 9 złotych) i ,nałożony na noc a zmywany rano, jest absolutnie najlepszą odżywką do włosów ever.

Rozrywki dostarczyły mi też moje ukochane lakiery do paznokci. Na wyjazd oczywiście wzięłam tylko te najbardziej zaufane i sprawdzone szybkoschnące i długotrwałe produkty. Podczas pierwszego malowania paznokci w Indiach swoim ukochanym lakierem z Loreal'a przeżyłam szok, gdy lakier zamiast schnąć kilka minut dosłownie wysychał przez godzinę. Okazało się, że nasze formuły lakierów nie są przystosowane do wysychania przy tak dużej wilgotności powietrza.
Oczywiście zakupiłam dwa lokalne lakiery, za zawrotną kwotę 50 rupi i 200 rupi ( odpowiednio 3 i 12 złotych) celem wypróbowania. Oba lakiery po pomalowaniu wyschły mniej więcej w 2-3 minuty.

No i makijaż. Generalnie, ze względu na upały, mój makijaż dzienny ograniczał się zwykle do tuszu do rzęs, żelu do brwi, pudru i jakiejś pomadki. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że wyjście w takim makijażu to dla mnie prawie jak wyjście nago. Jednak, gdy już mnie napadło na nałożenie pełnej tapety przy pomocy moich super trwałych europejskich kosmetyków, makijaż trzymał się mniej więcej pół godziny, a następnie w bardzo widowiskowy sposób zamieniał mnie w to piękne, słodkie zwierzątko, które na studiach daje trzy ('Pan-da trzy').
Zwłaszcza jedna historia zapadła mi szczególnie w pamięć: postanowiłam zrobić sobie piękne zdjęcia na plaży podczas zachodu słońca. Umalowałam się czym się dało, zawołałam kolegę z motocyklem i pojechałam na plażę. Przejażdżkę motocyklem makijaż jeszcze przeżył, za to na plaży dopadł nas monsun. Całe moje piękne czarno-zielone smokey eye spłynęło w jednej chwili. Mój kolega popatrzył na mniej prawie z obrzydzeniem i wygłosił: 'You should wear waterproof make up'.
Po tym męskim stwierdzeniu pobiegłam do drogerii z prędkością światła. Kupiłam wszystko.
Po pierwsze okazało się, że indyjskie kobiety używają głownie czarnej kredki do oczu lub linera, którego trwałość dosłownie powala. Liner z firmy Lakme zostanie na oczach chyba do dnia śmierci jeśli się go samemu nie zmyje. CUDO. Reszta kosmetyków jest mocno inspirowana ,nawet kolorystycznie, na europejskich markach, więc nie miałam problemów nawet z zakupem podkładu czy pudru.
Po drugie okazało się, że indyjskie kosmetyki maja bardzo wysokie filtry przeciwsłoneczne (nawet zwykły puder do twarzy ma SPF34). Hindusi szczególna uwagę przywiązują do jasnej cery, ponieważ mocna opalenizna oznacza przynależność do klasy robotniczej i długą pracę fizyczną na powietrzu. Dlatego w drogeriach i sklepach znajdziemy bardzo szeroki wybór produktów z wysokim faktorem przeciwsłonecznym oraz produktów wybielających. Najdziwniejsza rzeczą jaką widziałam był peeling do twarzy z wyciągiem z pomidora, który miał właśnie za zadanie usunąć opaleniznę z twarzy.

Morał z tego taki: jadąc do Indii nie ma po co targać ze sobą kosmetyków. Lepiej zaopatrzyć się we wszystko na miejscu.

wtorek, 27 września 2016

Indie - kobiety

Kobiety

Kobiety w Indiach łatwo nie maja. Z jednej strony są tutaj czczone i dla wielu mężczyzn są na pozycji 'second after God'. Wielokrotnie widziałam, jak mężczyzna przepraszając lub wielbiąc kobietę dosłownie padał jej do stóp lub na znak szacunku dotykał najpierw stopy kobiety a potem własnego czoła. Z drugiej strony restrykcje dotyczące zachowań, sposobu ubierania się czy wysławiania się są ogromne.

Absolutnie niedopuszczalne jest, aby kobieta na ulicy podniosła głos albo rękę na mężczyznę. Publicznie nie powinno się nawet wyrażać swego niezadowolenia.
Kobieta przed godzina 18 nie może nosić niczego, co odsłania nogi. Mowy nie ma o pokazaniu dekoltu czy ramion. Wszędzie są obowiązkowe chusty, które momentami powinny zakrywać rownież włosy, na przykład podczas wejścia do świątyni czy kościoła.
Na wszystkich plażach, pod kara policyjnego mandatu, kobietom nie wolno się kąpać w kostiumie kąpielowym. O opalaniu rownież możemy zapomnieć. Odpowiedni strój na plaże to pełne saree lub kurtha i legginsy, ewentualnie spodenki nie krótsze niż do kolan. Panowie natomiast oczywiście na plaży czy w wodzie przebywają w samych kąpielówkach.

Gdy mąż przynosi do domu pensje, oddaje ja w rece kobiety. Jest to wyraz szacunku. Rownież podczas wyjazdów żona trzyma wszystkie pieniądze. Mężczyzna za każdym razem kupując lub coś załatwiając prosi swoją towarzyszkę o gotówkę. Taki układ w podróży jest podyktowany nie tylko respektem wobec kobiet. Panowie otwarcie przyznają, że gdyby to oni trzymali pieniądze przeznaczone na podróż zwyczajnie by je przepili lub przepuścili w inny, równie radosny, sposób.
To samo tyczy się wszelkich drobnych przedmiotów, które mężczyzna ma przy sobie. Portfel, telefon czy okulary przeciwsłoneczne kobieta dostaje do torebki 'w opieke'. Spotkałam się nawet ze scena, w której pan w pociagu obudził swoją towarzyszkę tylko po to, aby oddać jej swoje okulary przeciwsłoneczne. Dopóki do torebki dostajemy tylko kilka podstawowych rzeczy jest ok. Gorzej jeśli do tego dochodzi jeszcze książka, butelka wody i ciuchy na przebranie. Wtedy z damskiej torebki robi się wielki wór a z kobiety wielbłąd.

Zaskakujące jest to, że mąż tudzież partner wykazuje niespotykane w Europie właściwości dotyczące pomocy kobietom. O ile normalne u nas jest zapięcie łańcuszka na szyi czy ręce to rozczesanie włosów, ułożenie fryzury, pomoc przy ubraniu sie (tak bardzo potrzebna, gdy nosimy saree) czy zrobienie mehendi na ręku matki czy wybranki nie jest tutaj rownież niczym dziwnym.
Podczas tradycyjnej przysięgi małżeńskiej maz obiecuje żonie że zaopiekuje sie nią, zapewni jej jedzenie, dach nad głową oraz ubranie. Mężczyzna bardzo poważnie traktuje tamą przysięgę- jest to jego 'duty' (obowiązek). Jeżeli wychodzimy na kolacje z hindusem, który był faktycznie tradycyjnie wychowany, bardzo rzadko zdarza się, aby kobieta mogła za siebie zapłacić. Dla indyjskiego mężczyzny jest to pewnego rodzaju zniewaga. Oznacza to ze zwyczajnie nie stać go na zabranie dziewczyny (niezależnie od tego czy faktycznie jest to jego wybranka czy tylko zwykła szkolna koleżanka) do restauracji.

W restauracji mężczyzna zawsze dostaje jako pierwszy kartę dań oraz zamówione potrawy. Nie jest to wyraz lekceważenia kobiet. W tutejszej kulturze obowiązkiem mężczyzny jest służenie swojej towarzyszce przy stole czyli zamowienie jej posiłku oraz nałożenie jedzenia na jej talerz.

Pożyczenie lub wzięcie pieniędzy od rodziców dla zamężnej kobiety jest wielkim problemem, ponieważ po pierwsze świadczy to źle o samym mężu, który nie wywiązuje się z przysięgi małżeńskiej oraz po drugie, w przypadku małżeństw zaaranżowanych, podważa to niejako wybór rodziców co do odpowiedniego partnera. Często kobiety w obliczu braku pieniędzy wolą głodować lub wyrzec się kosztowności lub zbędnego luksusu niż wrócić do domu rodzinnego z prośba o gotówkę. Często mężowie nie zgadzają się w tej kwestii ze swymi wybrankami i kobiety bywają bite lub maltretowane tak długo, aż ulegną i przyniosą pieniądze od swojego ojca.

Rownież w podróży mężczyzna bierze w opiekę wszystkie kobiety, zwłaszcza niezamężne, które z nim jadą. To on w większości zajmuje się organizacją wszystkich noclegów, rodzajem transportu, wyborem restauracji czy miejsc, które są warte zobaczenia. Muszę przyznać, że dla europejskiej kobiety jest to mocno uciążliwe nie móc decydować nawet o tym, czy podroż odbywa się pociągiem czy autobusem albo czy wolno wejść do sklepu po przeciwnej stronie ulicy czy tez nie.

piątek, 9 września 2016

Indie - pociągi

Sleeper Class
Pociągi w Indiach na pierwszy rzut oka przerażają. Są brudne, przepełnione i wyglądają na bardzo zniszczone. Jednak jak im się lepiej przyjrzeć to nie są już takie straszne. 

Mamy do wyboru kilka klas biletów.  Pierwsza i druga klasa może być klimatyzowana lub nie, z miejscami do spania lub siedzenia. Dostajemy w niej darmowy posiłek, który po zamówieniu zostaje dostarczony nam na miejsce. Cena biletu to około 1000 rupi, czyli 60 zł.
Kolejna klasa to tzw. klasa sleeper. Mamy w niej zagwarantowane miejsce w wagonie bez przedziałów. Podobnie jak w autobusach mamy możliwość położenia się i przespania całej podróży. Można tez łóżka złożyć i podróżować w ciągu dnia siedząc. W wagonach mamy prąd, łatwo wiec podładować komputer czy telefon. Jest tez lusterko potrzebne do poprawienia makijażu, fryzury czy bindi. Klasa sleeper kosztuje około 400 rupi, czyli 24 złote. 
Jest jeszcze klasa regular. Nie mamy w niej zagwarantowanego miejsca. Jest zwykle bardzo przepełniona. Ludzie siedzą nawet na górnych półkach na bagaż. Klasa ta jest bardzo tania. Za przejazd około 400km płacimy 125 rupi, czyli 8 złotych.

Sleeper Class
Istnieją dwa rodzaje biletów na pociąg: z rezerwacja lub bez. Bilety bez rezerwacji (klasa regular) możemy kupić zawsze w okienku na dworcu, jednak nie mamy wtedy gwarancji miejsca siedzącego czy leżącego.
Bilety z rezerwacja można kupić na kilka sposobów. Po pierwsze standardowo przez internet. Jednak jeśli rezerwujemy bilet z miejscówka lub sypialny późno, może nam się ta sztuka nie udać. Z powodu ogromnej liczby osób podróżujących pociągami bilety wyprzedane są bardzo szybko. Wtedy system wpisuje nas na listę rezerwową - jeżeli ktoś zrezygnuje ze swojego biletu mamy wtedy szanse na miejsce siedzące. 
Jest jeszcze jedna opcja na zakup miejscówki: 24 godziny przed odjazdem pociągu zostaje wygenerowana specjalna pula biletów z rezerwacja. Są one droższe o około 100 rupi od normalnych biletów. Można je zdobyć albo logując się na stronę internetową o odpowiedniej godzinie albo kupując je bezpośrednio na stacji. Ja miałam (nie)przyjemność korzystać opcji kupowania biletów na stacji. Przed wybiciem godziny 'otwarcia puli' należało wypełnić karteczkę z imieniem, nazwiskiem, wiekiem oraz płcią pasażerów i ustawić się w kolejce do okienka. O godzinie zero, kiedy kasjerka okienko otworzyła, spokojnie stojąca kolejka Hindusów ruszyła szturmem na biedna panią przepychając się, skacząc przez barierki i dosłownie wchodząc sobie na głowę. Masakra.
Sleeper Class
Jeżeli nadal nie udało nam się kupić biletów pozostaje jeszcze opcja awaryjna: rozmowa na osobności z konduktorem. Jeśli w przedziale z rezerwacją są wolne miejsca konduktor, za odpowiednia opłatą, nam je udostępni. 

Jak na wszystko w Indiach na pociągi też trzeba poczekać. Czasem pół godziny, czasem dłużej. Lokalsi mają czas oczekiwania opanowany do perfekcji: wykorzystują ten czas po prostu na sen. Ludzie śpią dosłownie wszędzie: na ławkach, na betonowych blokach lub wprost na ziemi. Na większych lub bardziej obleganych stacjach są nawet w poczekalniach łóżka, na których można się zdrzemnąć w oczekiwaniu na dalszy transport.

Na siedzeniu obok mnie podróżowało młode małżeństwo. Pani była absolutnie piękna. Cała spowita w różowy strój, ze złotą koronką i błyszczącymi cekinami, z jeszcze świeża ślubna mehendi na dłoniach i stopach. Śliczna, o dziwo delikatna, złota biżuteria i złoto- różowe bindi dopełniało całości. Nawet chusteczkę do nosa Pani miała z różowym akcentem. Pan był raczej przeciętny, aczkolwiek ratował się jak mógł, nosząc w pociągu wielkie okulary przeciwsłoneczne rodem z bollywoodzkiego filmu akcji 'Dishoom'. 

W pewnym momencie kobieta wyjęła z torby lunch, zapakowany w metalowe pojemniczki, i para zaczęła się posilać. Byłam bardzo zdziwiona różnorodnością posiłku. W pudełeczku był ryż, rooti oraz dwa wegetariańskie dania główne, przy czyn jedno na moje oko było na bazie mojego ulubionego szpinaku.  Jak zwykle w Indiach, pan przygotował posiłek mieszając ryż i potrawy w odpowiednich proporcjach i nałożył na jeden wspólny talerz jedzenie. 'So much love' powiedział mój współtowarzysz podróży komentując obserwowana przeze mnie scenę. 

Oprócz samodzielnie przygotowanego lunchu mamy również opcję zakupienia przekąsek, takich jak vada pao czy idli lub nawet całego lunchu takiego jak np. egg biryani. Ceny są zupełnie normalne. Za lunch płacimy około 150, za vadę 10 rupi.
Po spożytym posiłku należy umyć ręce. Można to zrobić albo w toalecie albo w zainstalowanej na korytarzu umywalce. Można tez wytrzeć ręce w pociągowe okno, czemu nie. Można tez umyć ręce wystawiając je przez okno jadącego pociągu i polewać je pitna woda z butelki. Oczywiście warto wspomnieć, ze wszystkie pozostałości po posiłku są wyrzucane przez okno, mimo, że akurat w pociągu chodzi chłopak i zbiera do wiaderka resztki posiłków i śmieci. 





Niestety zdarza się też,  że nie tylko sprzedawcy posiłków oferują swoje produkty w pociągach. W pociągach są sprzedawane zabawki, biżuteria i wszelkiego rodzaju bibeloty. Ten rodzaj nagabywania jest denerwujący aczkolwiek nieszkodliwy.
Jest jeszcze drugi rodzaj osób zaczepiających nas w podróży: transwestyci. Z powodu swojej odmienności osoby te nie mogą znaleźć pracy, wiec żyją z żebrania. Jeśli zobaczycie podejrzanie wyglądająca Hinduskę z mocno przesadzonym makijażem wyciągającą rękę po pieniądze lepiej od razu dać jej 10 czy 20 rupi. Jeżeli tej drobnej opłaty odmówimy, na stacji docelowej możemy liczyć się nawet z pobiciem przez grupę transwestytów lub ich znajomych.



sobota, 3 września 2016

Indie - chusta

Bardzo długo zastanawiałam się, dlaczego wszystkie Hinduski jako dodatek do stroju obowiązkowo noszą kolorowe, długie szale lub chusty. Czy pełnia one tylko funkcje ozdobna? Okazuje się, że nie tylko.
Oczywiście jedna z funkcji szala jest to aby wyglądać pięknie zwiewnie i powabnie, ale istnieje również szereg innych zastosowań dla tego kolorowego kawałka materiału. 

W porze monsunowej leje z nieba jak z cebra. Co 5 minut. Ulewy są tak mocne, ze najbardziej profesjonalne wodoodporne ubrania do górskiej wspinaczki lub wojskowe pałatki nie pomagają ochronić się przed wszechobecną wodą. Za to oczywiście pomaga narzucenie na głowę chustki. Co prawda nie bardzo wiem w czym może ona pomoc chusta przy takiej ulewie, ale Hinduski szal na głowę stosują. 

Kolejnym zastosowaniem szala jest ochrona przed zimnem. Klimatyzacja tutaj jest oznaka luksusu. Jest więc zwykle ustawiona na 16-17 stopni, podczas gdy na zewnątrz jest 25-30 stopni. Przy tak dużej różnicy temperatur nie trudno o ból gardła lub zapalenie płuc. Aby lekko podwyższyć temperaturę ciała w szal można się owinąć. Szal zazwyczaj jest tak długi, ze spokojnie wystarczy na fantazyjne upięcie go wokół szyi i spowicie górnej części ciała jednocześnie. Co ciekawe bajecznie kolorowe paszminy i chusty są nie tylko domeną kobiet. W Indiach można spotkać wielu panów z duma prezentujących na swoich szyjach różowe lub liliowe szale.

Następnym zastosowaniem tej części ubioru jest zakrycie ramion, dekoltu lub np. włosów podczas wejścia do kościoła czy świątyni. W Indiach bardzo duża uwagę zwraca się na stosowne okrycie oraz na brak nadmiernego eksponowania kobiecego ciała. Mając na sobie koszulkę lub sukienkę bez rękawów lepiej okryć ramiona szałem, celem uniknięcia ciekawskich i krytycznych spojrzeń.

Niestety istnieje tez gorsza wersja zastosowania chusty. Można w nich nosić na przykład zakupy, owoce lub małe dzieci. Można tez wytrzeć szalem nogi własne tudzież dziecka po kąpieli w rzece Można rozścielić materiał na chodniku, niczym obrus, i posilić się w tak przygotowanym miejscu. Jak widać - ile ludzi, tyle pomysłów.

czwartek, 1 września 2016

Indie - gazety

Zwykle człowiek uważa, że gazeta jest jednym ze środków masowego przekazu i źródłem przeróżnych informacji. Okazuje się, że w Indiach nie tylko.
Jako, że w tym kraju dużą wagę przywiązuje się do ochrony środowiska wiele produktów jest wielokrotnego i wielorakiego zastosowania. Jednym z nich jest prasa codzienna. 
Pagoda Bread podana na gazecie
Gazety, owszem możemy, czytać. Możemy też zawinąć w nie zakupy. Możemy rozścielić je na lóżku, podłodze lub nawet chodniku i zjeść z nich lunch. Zakupy spożywcze, odzieżowe oraz przekąski dostajemy rownież zapakowane w gazety. Pranie z pralni jest dostarczane do domu w schludnym pakunku zrobionym z gazety i kawałka sznurka. Alkohol, kupowany w jedynym sklepie monopolowym noszącym wdzięczna nazwę "Wine store", dostajemy zawinięty w gazetę. Są to jedyne butelki w cokolwiek owijane, więc jeśli idziemy sobie z taką butelką w rączce przez miasto absolutnie nikt nie zorientuje się, że niesiemy jakiś wysokoprocentowy trunek. Absolutnie. Nikt. 
Ale to nie wszystko. Po zjedzeniu posiłku zapakowanego w gazetę oraz popiciu winkiem na trawienie odwiniętym również z gazety nasz papierek zyskuje koleje życie. Wycieramy nim przede wszystkim ręce, usta, następnie stół lub naczynie, z którego jemy. Jako, że w Indiach papier toaletowy jest raczej towarem luksusowym niż dobrem użytku codziennego, w toalecie również zdarza się korzystać z pomocy wyżej wymienionego papierka..
Istnieją tutaj specjalne sortownie papieru, w których stare albo wadliwe nakłady czasopism są pakowane w schludne paczki, zawijane sznurkiem i ...inną gazetę oraz rozwożone do absolutnie każdego miejsca w mieście celem nadania starej prasie nowego życia.