Dlaczego w ogóle Indie?;)
Odpowiedz jest prosta- a dlaczego nie? Podróże przecież kształcą, dystansują do problemów życia codziennego o rozwijają a Indie intrygowały mnie od zawsze. Ci, którzy mnie znajda doskonale wiedza, że dla mnie to bez różnicy czy mieszkam w Indiach, Polsce czy Stanach Zjednoczonych. Problemy są wszędzie takie same. Trzeba jeść, pić, mieć gdzie spać, się w co ubrać, mieć samochód i dużo butów. Mając wszystko powyższe zapewnione już można się poczuć względnie szczęśliwym. Mając do tego jeszcze tropikalną dżunglę za oknem, szafe pełna saree, świeży sok ananasowy i pyszne indyjskie jedzenie więcej mi do szczęścia nie potrzeba. (No może oprócz małego tygryska, basenu z rekinami i garażu pełnego samochodów z najmocniejszymi silnikami - ale to już są szczegóły).
Kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu do Manipalu na praktyki wahałam się tylko przez chwile. Właściwie to od początku wiedziałam, że się zdecyduje i pojadę, ale swoją porcje paniki, płaczów i nie istniejących problemów, jak to ja, musiałam odstawić. Jak na to teraz patrzę z pewnej perspektywy czasu to moim ulubionym problemem przed wyjazdem były nie tropikalne choroby, biegunka podróżnych, 26 godzinna podróż, brak samochodu (no dobra, brak samochodu przeraża mnie nadal) czy potencjalnie złe warunki sanitarne. Największym problemem było 'Co ja zrobię jak już wrócę do Polski?'. Typowe. Jeszcze się nic nie stało, jeszcze nawet nie miałam wizy, ale panika o powrót musi być.
Ostateczna decyzja o tym, że jednak jadę przyszła kilka dni po moim pierwszym planowanym terminie rozpoczęcia pracy w Indiach. Było to spowodowane opóźnieniem związanym z procedura wizowa. Jako, że generalnie z zasady spóźniać się nie lubię, a na starcie byłam opóźniona jak prawdziwy Hindus (w Indiach procedura ASAP oznacza mniej więcej "do dwóch tygodni" a nie nasze normalne "rzuć wszystko i ratuj sytuacje") moje podejście do wyjazdu było z lekka negatywne. Na zrobienie pierwszych i ostatnich zakupów przed podróżą, dokończenie wizyt u wszystkich lekarzy, aby oszczędzić sobie tej przyjemności na miejscu, zakup biletu lotniczego, pakowanie się oraz decyzje czy wyprowadzić się z aktualnego domu w panice przewożąc rzeczy nocami miedzy Warszawa a Gliwicami oraz najważniejsze: decyzję, gdzie na 3 miesiące zamieszka mój ukochany samochód (tak, sama się sobie dziwie, że można kochać nie dość, że Opla to jeszcze Vecte xD) zostało mi jakieś 9 dni. I mało i dużo. Szczęście w nieszczęściu z pracą pożegnałam się kilka dni wcześniej wiec na przedwyjazdową panikę oraz jeżdżenie po mieście z prędkością światła mogłam poświęcać całe dnie. Opis 26 godzinnej samolotowej podróży z czterema przesiadkami pominę. Mogę tylko powiedzieć, że latając liniami Etihad nawet w klasie ekonomicznej jest całkiem wygodnie.
Po przeżyciu ostatniego odcinka Mumbai - Mangalore wysiadłam z wreszcie na lotnisku docelowym. Pomocny Hindus, za drobną opłatą wysokości 10 rupi (60 groszy) uratował mnie przed problemem noszenia własnej torby, załadował moje bagaże do uniwersyteckiej taksówki i wraz z moimi dwoma nowymi znajomymi - przesympatyczna Chinka, która wyglądała jak żywa laleczka oraz przystojnym Austriakiem, który po wyjściu z samolotu prawie umarł na zawal na widok brudnego lotniska, brudnych samochodów oraz brudnego wszystkiego - wpadłam prosto w Indyjski Ruch Uliczny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz