środa, 31 maja 2017

Gry komputerowe a wspołcześni bohaterowie



Muszę przyznać, że ostatnio problem gier komputerowych dotknął mnie z większą, niż dotychczas, siłą. I teraz tak: pomijając fakt, iż generalnie tracenia czas na granie w gry nie rozumiem, to jeszcze ewentualnie mogę pojąć samochodówki. Niektóre z nich, mniej  lub bardziej udolnie, uczą budowy i naprawy samochodów. Inne, również mniej lub bardziej udolnie, wbijają człowiekowi w pamięć wszystkie zakręty na światowej klasy torach wyścigowych. Wiadomo: szansa, że będziesz w życiu potrzebował testowac na Hungaroring, dajmy na to, najnowszy torowy prototyp Arrinery jest bardzo duża. Przecież to się robi codzinnie;)

Jednak fantastyki i ubijania smoków i innych zmór zrozumieć nie mogę. Ni w ząb. Po pierwsze: po jaka cholerę ubijać smoki? Przecież one są takie piękne i tak mało ich zostało. Nie lepiej już zatłuc tych wszystkich denerwujących ludzi? Byłoby przynajmniej z pożytkiem dla świata.

Postanowiłam jednak zrozumieć potrzebę zagłębiania się w generyczny świat fantasy, gdzie archetypiczny bohater brnie przed siebie, szlachtując coraz to nowe potwory. Oglądałam wizualizacje. Poczytałam trochę w internetach. Pooglądałam wybranka swego, jak walczy z gigantyczna Królową Ćmonietoperzy. Nawet kiedyś dawno temu udało mi się, niestety, spędzić trochę z mojego cennego czasu oglądając speed runy (dla niewtajemniczonych: jakieś typki grają na rzutniku w wypełnionej geekami auli gdzieś w USA i puszczają z tego live'a do sieci w zupełnie nie zrozumianym dla mnie celu). 
I wreszcie przyszło olśnienie!!! Już rozumiem po co niektórzy mężczyźni tyle czasu spędzają ubijając wyimaginowane potwory, przerośnięte roztocza i inne smoki w grach komputerowych. Otóż chodzi o to, że te wszystkie potwory są całkiem realne i istnieją naprawdę. Po prostu Panowie sprzątają świat nierzeczywisty, a Panie świat rzeczywisty!
Wyobraźcie sobie taką sytuację: piękna niewiasta zażywa kąpieli. Nagle, kątem oka, zauważa złowieszczy kształt stosunkowo małej, ale jakże groźnej, ćmy przyczajonej na framudze okna. W ciężkiej panice wola swojego wybranka na pomoc i ratunek ,po czym ucieka do sypialni schować się pod kołdrą. I wtedy do łazienki wchodzi ON-cały na biało. (Zakładam, że jeśli Rycerz wszedł już do łazienki, to został on odpowiednio przeszkolony przez życie oraz gry do walki z tym złowieszczym światem. Pomijam panów, którzy sami się tych ciem boją i wysyłają na pomoc swojego kota.)
Po jakiejś chwili, przerażona potworem niewiasta, pyta z nadzieją swojego Rycerza: "Zabiłeś ją?".
I teraz tak: zaobserwowałam istnienie dwóch typy rycerzy w naszym wspaniałym świecie.
"Nie, wyrzuciłem ją za okno przy pomocy Twojego katalogu z H&Mu" odpowiada bohatersko pierwszy Biały Rycerz i zajmuje się dalej swoimi sprawami ignorując jednocześnie fukanie wybranki swojej, która chciała mieć zabitego potwora i nietknięty ćmią łapką katalog w domu.
Znacznie gorzej postępuje drugi typ rycerza. Taki mianowicie, wpada do sypialni, trzymając mrniętego potwora za skrzydełko, kieruje się prosto ku Swej Pani i, podtykając jej pod oczy truchełko, pyta: „Czy o tą ćmę Ci chodziło, kochanie?”.
Konkluzja jest taka: cały mój dom zaatakowały kurz i roztocza. Czy nie znalazłby się chociaż jeden Bohater, który uratuje mnie przed tą plagą i, zamiast ubijać wyimaginowane strzygi, weźmie szmatę i przybiegnie mi na ratunek?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz