Muszę przyznać, że ostatnio problem gier komputerowych dotknął mnie z
większą, niż dotychczas, siłą. I teraz tak: pomijając fakt, iż generalnie tracenia czas na
granie w gry nie rozumiem, to jeszcze ewentualnie mogę pojąć samochodówki. Niektóre z nich, mniej lub bardziej udolnie, uczą budowy i naprawy samochodów. Inne, również mniej lub bardziej udolnie, wbijają
człowiekowi w pamięć wszystkie zakręty na światowej klasy torach wyścigowych. Wiadomo:
szansa, że będziesz w życiu potrzebował testowac na Hungaroring, dajmy na to, najnowszy torowy
prototyp Arrinery jest bardzo duża. Przecież to się robi codzinnie;)
Jednak fantastyki i
ubijania smoków i innych zmór zrozumieć nie mogę. Ni w ząb. Po pierwsze: po
jaka cholerę ubijać smoki? Przecież one są takie piękne i tak mało ich zostało.
Nie lepiej już zatłuc tych wszystkich denerwujących ludzi? Byłoby przynajmniej
z pożytkiem dla świata.
Postanowiłam jednak
zrozumieć potrzebę zagłębiania się w generyczny świat fantasy, gdzie
archetypiczny bohater brnie przed siebie, szlachtując coraz to nowe potwory.
Oglądałam wizualizacje. Poczytałam trochę w internetach. Pooglądałam wybranka
swego, jak walczy z gigantyczna Królową Ćmonietoperzy. Nawet kiedyś dawno temu
udało mi się, niestety, spędzić trochę z mojego cennego czasu oglądając speed
runy (dla niewtajemniczonych: jakieś typki grają na rzutniku w wypełnionej
geekami auli gdzieś w USA i puszczają z tego live'a do sieci w zupełnie nie
zrozumianym dla mnie celu).
I wreszcie przyszło
olśnienie!!! Już rozumiem po co niektórzy mężczyźni tyle czasu spędzają
ubijając wyimaginowane potwory, przerośnięte roztocza i inne smoki w grach
komputerowych. Otóż chodzi o to, że te wszystkie potwory są całkiem realne i
istnieją naprawdę. Po prostu Panowie sprzątają świat nierzeczywisty, a Panie
świat rzeczywisty!
Wyobraźcie sobie
taką sytuację: piękna niewiasta zażywa kąpieli. Nagle, kątem oka, zauważa
złowieszczy kształt stosunkowo małej, ale jakże groźnej, ćmy przyczajonej na
framudze okna. W ciężkiej panice wola swojego wybranka na pomoc i ratunek ,po
czym ucieka do sypialni schować się pod kołdrą. I wtedy do łazienki wchodzi
ON-cały na biało. (Zakładam, że jeśli Rycerz wszedł już do łazienki, to został
on odpowiednio przeszkolony przez życie oraz gry do walki z tym złowieszczym
światem. Pomijam panów, którzy sami się tych ciem boją i wysyłają na pomoc
swojego kota.)
Po jakiejś chwili,
przerażona potworem niewiasta, pyta z nadzieją swojego Rycerza: "Zabiłeś
ją?".
I teraz tak:
zaobserwowałam istnienie dwóch typy rycerzy w naszym wspaniałym świecie.
"Nie,
wyrzuciłem ją za okno przy pomocy Twojego katalogu z H&Mu" odpowiada
bohatersko pierwszy Biały Rycerz i zajmuje się dalej swoimi sprawami ignorując
jednocześnie fukanie wybranki swojej, która chciała mieć zabitego potwora i nietknięty
ćmią łapką katalog w domu.
Znacznie gorzej
postępuje drugi typ rycerza. Taki mianowicie, wpada do sypialni, trzymając
mrniętego potwora za skrzydełko, kieruje się prosto ku Swej Pani i, podtykając
jej pod oczy truchełko, pyta: „Czy o tą ćmę Ci chodziło, kochanie?”.
Konkluzja jest taka:
cały mój dom zaatakowały kurz i roztocza. Czy nie znalazłby się chociaż jeden
Bohater, który uratuje mnie przed tą plagą i, zamiast ubijać wyimaginowane
strzygi, weźmie szmatę i przybiegnie mi na ratunek?